« Historie innych
 
Robert Hass: Wiersz z ogórskiem w środku

Robert Hass (ur. w 1946 w San Francisco) jest jednym z najważniejszych, żyjących poetów amerykańskich, a jego dzieło łączy wiele tradycji literackich i perspektyw kulturowych. Najistotniejszą z nich jest, rzecz jasna, jego rodzima tradycja amerykańska, w której najsilniejszym głosem wydaje się być Walt Whitman, ale donośnie rozbrzmiewa także kilku lokalnych, kalifornijskich  mistrzów słowa, jak chociażby Robinson Jeffers czy Kenneth Rexroth. Whitmanowi i Jeffersowi Hass poświęcił sporo wysiłku edytorskiego. Jego autorski wybór „Pieśń o sobie” i inne wiersze Walta Whitmana ukazał się w 2010 roku, poprzedzony jego wstępem i opatrzony obszernym komentarzem leksykograficznym, którego współautorem był inny kalifornijski poeta, Paul Ebenkamp. W Whitmanie fascynuje Hassa profetyczna wzniosłość złamana potoczną dykcją dziewiętnastowiecznego dziennikarstwa, a także sposób kompozycji utworu poetyckiego, w którym na zasadzie luźnych asocjacji materia wiersza wchłania zasłyszany język ulicy, strzępy innych tekstów, czy przypadkowe obserwacje. Pierwsze i może ważniejsze dzieło edytorskie Hassa, Skała i jastrząb: wybrane krótsze wiersze Robinsona Jeffersa, ukazało się sporo wcześniej, bo w 1987 roku. U Jeffersa pociąga Hassa fizyczna obecność poety w wierszu, rozpoznawalny głos, nieco wyniosły, osądzający ludzkie sprawy z ponadludzkiej („inhuman”) perspektywy, świadomy fundamentalnej obojętności wszechświata wobec wątpliwych osiągnięć cywilizacji zachodu.
Jeśli na ten podstawowy rys pracowicie odkrywanego, rodzimego, dziedzictwa, nałożymy wschodnioeuropejską wrażliwość na konflikt między jednostką a historią oraz buddyjskie widzenie natury, przejęte odpowiednio od Czesława Miłosza i od mistrzów haiku, Issy i Basho – wszystkich ich Hass namiętnie tłumaczył przez cztery ostatnie dekady –  otrzymamy zdumiewający amalgamat poetycki. Wiersz Hassa to  niespiesznie rozwijająca się medytacja, której kierunku nie da się przewidzieć. Poetę może zainspirować wszystko, od zwykłego zdarzenia w życiu codziennym, wspomnienia czy snu, po lekturę czy film. Narracyjna formuła wiersza, z lojalnym wobec literackiej tradycji obrazowaniem, przypomina mięsożerny kwiat, który kusi egzotycznym kształtem i zapachem: niczego niepodejrzewający czytelnik zagłębia się w gąszcz mieniących się wszystkimi barwami tęczy zdań i wonnych fraz, gdy nagle zostaje schwytany w zatrzask odautorskiej uwagi, która burzy iluzję lektury. W tym jednym i być może najistotniejszym aspekcie poetyckiego rzemiosła Hass jest bliski poetom wywodzącym się z poundowsko-williamsowskiego matecznika amerykańskiej awangardy: Charlesowi Bernsteinowi, Lyn Hejinian czy Bobowi Perelmanowi. Wiersz Hassa często w równym stopniu opisuje świat jak i sam proces swojego powstawania –  mozolny, naznaczony niepewnością, uparcie poszukujący nieosiągalnej doskonałości. Wiele najnowszych utworów poety  ma w tytułach słowo „notatnik” („Notatnik lipcowy: ptaki,” „Notatnik sierpniowy: śmierć”), co podkreśla ich szkicowy charakter.
W ideologicznym sporze między „poetami języka” (the Language poets), a poetami głównego nurtu literatury amerykańskiej, Robert Hass zajmuje pozycję, z której najpełniej widać rozterki współczesnego człowieka zanurzonego w konkretnym, historycznym czasie. Według Hassa, mimo iż poezja, którą czytamy, jest często efektem rynkowej manipulacji, rewolucja poetyckiej wyobraźni jest możliwa tylko poprzez cierpliwe wsłuchiwanie się w tradycję. Gdy debiutował w 1973 roku tomem Przewodnik po polach (Field Guide) ton poezji amerykańskiej nadawali poeci konfesyjni, jak Robert Lowell czy John Berryman, od których zasadniczo różniły go dystansująca wobec doświadczenia ironia oraz świadomość ekologiczna. Dziś, kiedy kształt typowemu wierszowi amerykańskiemu nadają niezliczone, mniej czy bardziej udane, imitacje ashberowskiego „liryku nieokreślonego” („indeterminate poem” – termin krytyczki Marjorie Perloff), bez jasnego obrazowania i referencyjnego schematu, Robert Hass wydaje zbiór wierszy ostentacyjnie autobiograficznych i narracyjnych. Grubo ponad trzystustronicowy tom Jabłonie w Olemie, który ukazał się 2010 roku, oprócz trzydziestu kilku nowych wierszy, zawiera obszerny wybór utworów z wcześniejszych książek poety, ułożonych według klucza poetyckiej klarowności i precyzji. Wydaje się być to znaczącym gestem, którym poeta próbuje zamanifestować swój dystans wobec literackich koterii, czy mód.
Dzieło Roberta Hassa zadziwia swą różnorodnością. Oprócz wymienionych już debiutanckiego i ostatniego tomu, wydał Pochwałę (1979), Ludzkie pragnienia (1989), Słońce pod drewnem (1996) oraz Czas i materiały (2007). Za tę ostatnią książkę otrzymał Nagrodę Pulitzera oraz National Book Award, co ostatni raz zdarzyło się w poezji amerykańskiej w 1975 roku, kiedy w podobny sposób uhonorowano książkę Johna Ashbery’ego Autoportret w wypukłym lustrze. Kalifornijski poeta jest autorem szeregu publikacji translatorskich, z których najważniejsze to przekłady siedmiu tomów poetyckich Czesława Miłosza, które tłumaczył wspólnie a autorem.
Hass to także wytrawny i nagradzany krytyk i eseista. Za zbiór esejów Dwudziestowieczne przyjemności: prozy o poezji otrzymał prestiżową nagrodę National Book Critics Circle Award. Wreszcie Hass to nauczyciel akademicki, profesor na Stanowym Uniwersytecie w Nowym Jorku (1967-71), St. Mary’s College w Moradze, w Kalifornii (1974-89) i Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley (1989- po dziś dzień). Poeta pełnił wiele ważnych funkcji w życiu publicznym, między innymi był Poetą Laureatem przy Bibliotece Kongresu (1995-1997), a także Prezesem Akademii Poetów Amerykańskich (2001-2007). Jednak działalność Roberta Hassa wykracza daleko poza literaturę: jest on ekologiem, który próbuje łączyć myślenie o naturze z propagowaniem kultury literackiej, a także aktywizowaniem małych społeczności. Jest założycielem i prezesem fundacji ROW („River of Worlds” – „Rzeka Światów”), która zajmuje się poszerzaniem wiedzy z zagadnień ochrony środowiska oraz wiedzy o literaturze i sztuce, organizując corocznie międzynarodowy konkurs poetycki dla młodzieży poświęcony problemom ekologii . Za działalność edukacyjną Amerykański Związek Edukacji o Środowisku Naturalnym  uhonorował Hassa tytułem Najlepszego Nauczyciela Roku.
Na koniec osobista dygresja: miałem okazję poznać Hassa podczas „Spotkania Poetów Wschodu i Zachodu” na początku października 1997 roku w Krakowie. Pamiętam, że przeprowadzałem z nim wywiad dla Polskiego Radia i umówiliśmy się o dziewiątej rano w jednej z kawiarni w rynku, skąd było widać McDonaldsa. Kiedy naiwnie zaproponowałem, że moglibyśmy się tam przenieść, bo w McDonaldsie mają niezłą i niedrogą kawę, Hass w sekundę zamienił się z dobrodusznego profesora w zaaferowanego aktywistę. Długo i z pasją opowiadał mi, ile kolibrów i rzadkich roślin zabija każdy dolar wydany w fastfoodzie. Właściwie przez cały wywiad nie mogliśmy się oderwać od problemu korporacji i ekologii. Myślę, że ta anegdota to dobry klucz do lektury Hassa. Kwestie estetyczne są w literaturze, owszem, ważne. Ale są sprawy ważniejsze…


Na wybrzeżu w okolicach Sausalito

1.
Nie powiem wiele w imieniu morza
poza tym, że miało kolor prawie
jak kwaśne mleko.
Słońce na tym czystym,
niegroźnym niebie było nisko,
oświetlało szare szczeliny w urwiskach,
wzgórza były ciemnozielone od manzanity.

Odpływ: oślizłe skały
w brązowe cętki, pokryte grubo wodorostami
jak ogromne skorupy sędziwych żółwi
stopione z szarym kamieniem
falochronu osuwają się
w przeddyluwialną przepaść.
Stara historia: tu bierze początek brudne życie.

2.
Łowię ry-
by, by, jak powiedział Melville,
„oczyścić się ze spleenu,”
by dać zajęcie swym niezdarnym rękom,
które siniaczą
nie dotykając,
które wyrywają odnóża krewetki,
zdzierają jej skorupkę
i owijają dwukrotnie ciało wokół haczyka.

3.
Głowacz nie jest wysoko ceniony
przez wędkarzy, z wyjątkiem Włochów,
którzy są na tyle mili,
by smażyć to blade, niemal niebieskawe mięso
w oliwie z gałązką
świeżego rozmarynu.

Głowacz, paskudna atawistyczna ryba,
równie stara jak przybrzeżny szelf,
w którym się pożywia,
ma płetwy grubości błony pławnej kaczki,
przypomina prehistoryczną ropuchę
i jest delikatnie słodka.

Gdy łapiemy ją, dzikie drżenie zdziwienia
i naprężenie linki
to znaki rozpoznawcze.

4.
Jednak dziwnie jest zabijać
z tego powodu, że nagle poczujemy życie.
Niebezpieczeństwo tkwi
w prawieniu morałów
o tej dziwności.
Kiedy trzymałem w ręce tego kolczastego potwora,
jego wyłupiaste, fioletowe oczy
były oczami, a słońce
niemal stykało się z ziemią
na naszym niespokojnym wybrzeżu.
Stworzenie obok stworzenia
patrzyliśmy w głąb stuleci.


Wiosna

Kupiliśmy okazałe, ozdobne pomarańcze,
meksykańskie ciasteczka, wonną, żółtą herbatę.
Przeglądaliśmy książki w księgarniach. Spytałaś
łagodnie: „Bob, kto to jest Ugo Betti?”
Brodaty, podobny do ptaka mężczyzna
(wyglądał jak prawosławny duchowny:
był okazałej postury
i nosił czarny, znaleziony gdzieś płaszcz)
odwrócił się do nas, przeczyścił
kulturalnie gardło i
niespiesznie opowiedział nam,
kim był Ugo Betti. Powolne
filtrujące się przez okna promienie słońca
nadały złoty połysk jedwabistym włosom
opadającym wzdłuż twych ramion. Zmierzch był
ogromną, nieziemską, fosforyzującą bestią,
gasnącą powoli nad zatoką.
Jak szczupli, mali żołnierze
czekały na nas w domu na półkach książki.
Po obiedzie przeczytałem jedną.
Ty nuciłaś: „Ugo Betti spoko gość”
i kiedy powiedziałem: „Granice języka
są granicami mojego świata,” zaśmiałaś się.
Całą noc rozmawialiśmy językami,
koniuszkami palców, zębami.


Indianie środkowej Kalifornii mieli zaledwie mgliste pojęcie o życiu pozagrobowym

Jest ranek, ponieważ wzeszło słońce.

Budzę się wolno we wczesnym upale,
   zrywam jeżyny z kolczastych krzewów.
   Są intensywnie czerwone,
   ciężkie od cukru, kosmate od kurzu.
Eukaliptus rzuca na dom pierzasty
cień, który z wolna się cofa.

   Po śniadaniu
ty będziesz pływać, a ja poczytam tekst
tego twardego gościa, Thomasa Hobbesa,
o przyczynach wojen domowych w Anglii.
Nie ma kobiet w jego świecie,
brat walczy przeciw bratu
o towary.
                Spotykam cię później po południu,
twoje zupełnie żółte włosy, splecione w warkocze
przez fale, nikły połysk soli
w poprzek twojego brzucha i wzdłuż ramion.
Dzieciaki przynoszą z morza
   zawiłe, wapienne prezenty –
   czarne turbany, kanciaste, zielone trąbiki,
   spiralnego, opalizującego jednorożca.

Mamy prawo poczuć się
rozdrażnieni, gdy nadchodzi pora kolacji.
Widać pierwsze gwiazdy: po zmroku
Wega zawiesza się na Wadze,
a Niedźwiedzica przechyla się nad wzgórzem.
                                                    Podczas podróży
po Europie Hobbesa niepokoił ruch.
Żeglując czy jadąc wierzchem zdał sobie nagle sprawę,
że wszystko się porusza.
                                         Położymy się
wreszcie ociężali
   i dotkniemy się, i podryfujemy ku porankowi.


Basho: odjazd

Lato dobiegło końca i
rozstajemy się jak powieki,
jak połówki małż.


Wiosenny deszcz

Właśnie pada deszcz, niosąc orzeźwienie, w przerwach między przejaśnieniami,

nie wiadomo gdzie nad Pacyfikiem rozpętał się szkwał, spychany na wschód przez prądy ciepłego powietrza, które tworzą tunel;

porusza się on na swój własny sposób, jak woda albo umysł

i rozlewa ten deszcz sunąc niebem. Sierra pochwycą go jako ostatnie przed latem śnieżyce, na które zwrócą uwagę jedynie przebudzone świstaki na wysokości dziesięciu tysięcy stóp,

a my natkniemy się na niego pod postaciami ostróżki i trędownika, kiełkującymi w sierpniu wzdłuż potoku nad Sonora Pass,

gdzie topniejący śnieg ścieka strugami do potoku Dead Man’s, a ten wlewa się do Stanislaus, a Stanislaus do San Joaquin, a San Joaquin do powolnych, słonych bagien zatoki.

To jeszcze nie koniec: szare, górskie sójki zjadają nasiona ostróżki, która nie może się rozmnażać w inny sposób.

Aby symulować ten proces, trzeba moczyć zebrane nasionka całą noc w kwaśnych fusach po kawie,

a potem nacinać je delikatnie bardzo ostrym nożem, zanim posadzi się je w ogrodzie.

Mogłabyś użyć resztek kawy, którą piliśmy w kuchni Lisy podczas odwiedzin.

Na stole były pomarańczowe maki w przeźroczystej, szklanej wazie, poplamionej przy dnie pod kolor wschodzącego słońca;

niewypowiedzianym tematem rozmowy było szczęście gromadzenia się i szczęście rozpraszania –

cieszyło cię tamto piękno, przypadkowe i porażające, trwające tyle, co maki.


Nowela

Kobieta, która jako trzynastoletnia dziewczyna zaprzyjaźniła się ze ślepym malarzem, z malarzem, który ślepnie. Jest katoliczką, mieszka na wsi. On wynajmuje dom od jej ojca, a ona chodzi przez las – sekwoje, paprocie, wrzosy – żeby go odwiedzać. On rozmawia z nią jak równy z równym i pokazuje jej swoje prace. Zaczął rzeźbić, ale wciąż maluje, opierając się na barwie i pamięci linii. Ma puszkę angielskich ciasteczek i daje jej jedno przy każdej wizycie. Ona chciałaby więcej, ale on odmawia. Kiedy ją rozbiera, ona obserwuje go czasem, obserwuje jego dłonie, które są grube i kwadratowe albo jego lewe oko przesłonięte zaćmą niby szarą flegmą. Ale zwykle nie. Zwykle myśli o ścieżce do jego domu, o tym, czy sarny zjadły szczyty młodych paproci, dlaczego nie jedzą saprofitów o smaku mięty rozsianych wzdłuż potoku? Wyobraża sobie także samo dojście do domu, jego wielkie okna, fuksje u frontowych drzwi, gdzie kolibry Anny zawsze wiszą w powietrzu, brudnozielone, z gardziołkami w klejnotach. Czasem rozmyśla o swoim śnie, o tym, w którym jej matka budzi się bez rąk. Dom pachnie farbą olejną, ale także sosną. Dotyk malarza jest i nie jest seksualny, jak ona sama. Niekiedy przypominają jej się tamte ferie jesienią i zimą, w dziewiątej klasie. Wiosną malarz się wyprowadził. Latem zaczęła miesiączkować. Jej późniejsze wspomnienia zamazują się, nabierając rozpędu. Jedna z jej przyjaciółek całowała się z języczkiem z chłopakiem w kinie Tamalpis, w trzecim rzędzie od końca, na piątkowym, wieczornym seansie. Inna zdradziła ją i cały świat, kumplując się z tymi szpanerskimi dziewczynami, którymi ojcowie kupują samochody. Gdy wspomnienia tamtych dni ją nachodziło, było w nim coś obcego, bo nie pasowało do innych wydarzeń w jej życiu. Spoczywało w jej pamięci jak kawałek pękniętego kafelka, łososiowego, albo barwy wilgotnych liści, sam w sobie piękny, ale bezużyteczny w mozaice, którą była. Pewnego dnia zwyczajnie przypomniała to sobie. Jej przyjaciele zbliżali się od strony plaży, niosąc coś w wiaderku, uśmiechając się i machając do niej, wykrzykując coś zabawnego, czego nie potrafiła zrozumieć – i wtedy nagle przeniosła się tam: światło wlewa się przez wielkie okna, płótna walają się wszędzie, na stole leży biały, półskończony tors, słodka, pszeniczna woń ciasteczek unosi się z dopiero co otwartej puszki.


Cmentarz

Somerset Maugham powiedział, że profesjonalista to ktoś, kto potrafi wykonać świetnie swoją pracę, nawet kiedy niezbyt ma na nią ochotę. Jego zdjęcie w gazecie, twarz z głębokimi i moralizatorskimi zmarszczkami, podobna do twarzy Audena, stary zgorzkniały żółw, kąciki ust odwrócone w dół, z determinacją okazujące, że wszystko, co nas spotyka w życiu, to małe piwo. Oto, co powiedział, gdy umierał: jestem zupełnie skończony, zdolni, młodzi faceci nie piszą o mnie esejów. W cielesnym świecie czerwony tulipan, prawie dotknięty przez czerń, zaczyna się zamykać w nasłonecznionym ogrodzie. Ktoś spytał mnie wczoraj: czy sarny są monogamiczne? Pomyślałem o czymś, co wcześniej czytałem. Sarny na Wyspach Brytyjskich, zmuszone do życia na otwartej przestrzeni z powodu intensywnego wyrębu lasów, zostały fizycznie upośledzone. Czerwona sarna, która żyła na szkockich wyżynach tysiące lat temu, była o jedną trzecią większa niż dzisiejsze zwierzę. Dzisiejszego ranka, idąc do wsi odebrać samochód, myślałem o dachu, na którym spałem w Nowym Jorku, gołębiach dryfujących wczesnym rankiem w górę Piątej Alei i ciszy, w której wyobrażasz sobie puste kaniony, gdzie nie dotarło jeszcze światło. Stałem na głównej ulicy w Shelford przed fikuśną kawiarenką i pomyślałem, że wiersz, w którym są śmigłe, zżarte przez wszy gołębie, mógłby się skończyć tak: oto poranna piosenka na Manhattanie. Pognałem do domu, żeby to zapisać i gdy mijałem cmentarz, ze szkoły wybiegły dzieci. Luke szedł w moją stronę, uśmiechając się. Sądził, że wyszedłem po niego. Właśnie przypomniałem sobie o samochodzie, gdy on szedł do mnie między wiosennymi kwiatami i osiemnastowiecznymi nagrobkami, obładowany rysunkami, których miał nadzieję nie upuścić w błoto.


Ludzkie pragnienia

Tego ranka słońce wstało nad ścianą ogrodu i rzadki błękit nieba dał susa ze wschodu na zachód. Człowiek jest tylko pragnieniem, mówią Upaniszady. Błękitne niebo jest warte każdych pieniędzy, mówi pan Acker, ogrodnik z Shelford. Niezupełnie. W ostatecznym rachunku. Wczoraj wieczorem w telewizji etnolog i kamerzysta oglądali w bezszelestnym zdumieniu szympansa, który starannie obdzierał wierzbową gałązkę i wsadzał ją do mrowiska. Pragnął czerwonych mrówek. Gdy weszły powoli na gałązkę, zjadał je, rozgniótłszy długimi palcami, a obiektyw powiększał jego twarz. Czasem nieruchomiał, żeby zbadać jedną, jakby był jurorem w konkursie piękności mrówek albo Bogiem, którego nagle zdumiała idea cierpienia. Istniało puste miejsce we wszechświecie, gdzie tej gałęzi nie było i szympans wypełnił je, podobnie jak Earlene, spostrzegłszy, że stary, walijski kredens kupiony w Saffron Walden nie ma tyłu, wyobraziła sobie, iż tył jest, i wyobraziła sobie kredens i wyobrażony tył na tle kuchennej ściany w Berkeley, i poszła do miasta w poszukiwaniu paru osiemnastowiecznych, sosnowych desek łączonych na pióro, aby wypełnić tę pustą przestrzeń. Zostałem w domu pisać albo raczej gapić się na białą kartkę papieru, czekając na jej powrót, myśląc pióro, pióro, jakby język był jakąś komorą wypełnioną oparami moralności, przez którą przepływał świat i z której wyłaniał się naładowany pragnieniami. Mężczyzna ze sklepu w Cambridge powiedział, że nie ma mebli ze starej sosny, ale kiedy Earlene tam wróciła, mówiąc, że coś kiedyś widziała, mężczyzna to znalazł. Zdumiewające – dosłownie pod swoimi nogami. Pan Acker po usłyszeniu tej historii wyjaśnił w czym rzecz. Wiecie, powiedział, pełno szwindli robi się w takich miejscach. Za pierwszym razem, kiedy pani tam poszła, był kierownik, za drugim razem go nie było, więc facet sprzedał pani jakieś ścinki i ma cztery dolce w kieszeni. Z pewnością dobrze się teraz bawi z kuplami w pubie. Albo postawił je na konie w Newmarket. Mógł nawet wygrać niezłe pieniądze.


Port w Seattle

Spotykali się raz w tygodniu wieczorem, w pewnym domu na szczycie Telegraph Hill, żeby objaśniać Pieśni Pounda. Peter, który był naukowcem, i Linda, która potrafiła wyrecytować wiele fragmentów tego poematu, przedstawiających raj, i Bob, których chciał pojąć niespodziewaną energię jego muzyki, i Bill, który znał grekę i mógł im powiedzieć, że „Dioce, którego tarasy miały kolor gwiazd,” było miastem w Azji Mniejszej, wymienianym przez Herodota.

I tamtej zimy, kiedy Bill zamknął drzwi na klucz i wystrzelał w siebie magazynek browninga kaliber dwanaście pod i nad sercem, pozostali wspominali letnie noce po długich, pracowitych spotkaniach, kiedy chcieli się napić i pogadać, i schodzili stromymi schodami, które prowadziły do urwiska, w miejscu gdzie wzgórze zwraca się ku nadbrzeżnej dzielnicy. O tej porze miasto tonęło w światłach i pachniało kawą, i zatoką.

W San Francisco kawa to rodzinny interes, a na dodatek dochodowy, więc członkowie rodzin często trafiają do gazet na strony z plotkami i właśnie dlatego Linda zapamiętała żonę jednego z wielkich handlarzy kawą, która również się zabiła; było to wspomnienie z dzieciństwa, jedna z tych migawek dorosłego życia, które podają gazety, zmieszana teraz ze wspomnieniem zapachu kawy i słonego powietrza.

A Peter przypomniał sobie, że w muzeum mieli zdjęcie tej kobiety wykonane przez Minora White’a. Wszyscy je obejrzeli. Włosy miała ścięte na pazia i nosiła elegancki kostium ze spiczastymi klapami i poduszkami na ramionach, a jej skóra była doskonale gładka. Patrząc prosto w aparat nie wydaje się szczęśliwa, lecz jest pewna siebie; i jest tak, jakby Minor White rozumiał, że jej elegancja, będąc kwestią stylu, jest częścią historii, bo w tle znajduje się stara stodoła, prawdziwy temat zdjęcia – rysunek słoi na deskach widach tak ostro, że wydają się one żywe, szarości i czernie w podobnym do rzeki i skomplikowanym wzorze żyłkowania.

Tylny stok Telegraph Hill nie zawsze był tak stromy. Po trzęsieniu ziemi brakowało materiałów budowlanych, więc przybrzeżne statki robiły dobry interes, organizując spływ drewna z północno-zachodnich stanów. Ale gospodarka była sparaliżowana, nie było towarów, które można by zabierać z powrotem na północ, więc wysadzano dynamitem zbocza wzgórza i używano odłupanych skał jako balastu, a potem na redzie znowu wrzucano skały do wody, żeby wziąć więcej drewna, i tak zbudowano port w Seattle.


Opowieść o ciele

Młody kompozytor, który pracował tego lata w ośrodku dla artystów, przyglądał się jej od tygodnia. Była Japonką, malarką przed sześćdziesiątką, a on myślał, że się w niej zakochał. Uwielbiał jej dzieła, a jej dzieła była jak ruchy jej ciała, gesty rąk, spojrzenia prosto w jego oczy, gdy zabawnie i przemyślnie odpowiadała na jego pytania. Pewnego wieczoru wracając z koncertu podeszli pod jego drzwi, a ona odwróciła się do niego i powiedziała: „Zdaje się, że masz na mnie ochotę. Ja też mam na ciebie ochotę, ale muszę ci wyznać, że miałam podwójną mastektomię.” Kiedy on nie zrozumiał, dodała: „Straciłam obie piersi.” Blask, który nosił w piersiach i w żołądku zniknął nagle – niczym muzyka – ale on zmusił się, żeby spojrzeć na nią i powiedział: „Przepraszam. Raczej bym nie mógł.” Wrócił między sosnami do swojego domku, a rano znalazł na ganku przed drzwiami niebieską miseczkę. Wyglądała na pełną różanych płatków, ale kiedy ją podniósł, odkrył, że płatki były tylko na wierzchu, zaś resztę miski – musiała je zmieść z kątów pracowni – wypełniały martwe pszczoły.


Na Wyspach Bahama

Lekarz uważnie obejrzał jej szwy. Wysoki szczupły, biały mężczyzna, noszący się z angielska. „Czy przyglądała się pani kiedyś, jak pani mam szyje?” – spytał. „Facet, który to zrobił, nie widział swojej mamy przy szyciu. Chcę dać fałdkę na ostatnim szwie. Wtedy skóra nie będzie się zbiegała przy końcach. Oczywiście, różnica nie będzie widoczna, ale ją pani poczuje.” Potem spytała go o tych wszystkich jednorękich i jednonogich czarnych, których ciągle spotykała na ulicy. „Głównie zgorzel cukrzycowa. Tak naprawdę nie ma jej tu więcej niż w pani kraju, ale protetyka jest gorsza. Oczywiście, kosztuje. A kikuty to nic takiego, jak się nad tym zastanowić. Cóż, jak my mówimy, życie na Karaibach nie jest wcale takie kolorowe.” Wyciągał czarne nitki i wrzucał je do srebrnej misy. „Czy była pani kiedyś na Haiti? Tam dopiero jest strasznie.”


Do Czesława Miłosza w Krakowie

Mgła odsłoniła wybrzeże na całe tygodnie
I dała nam pochód świetlistych dni;
Nie poznałbyś ich – Ty, który skarżyłeś się
Tak elokwentnie na szare dni w Grizzly Peak –
Chyba że przypominały Ci teatrzyk kukiełkowy,
Zapamiętany w Twych wierszach z litewskich targowisk
Tuż po Pierwszej Wojnie Światowej. Oto więcej teatru:
Łania mulaka urodziła dwa młode
Parę tygodni temu tuż przed Twą pracownią
W rabatce oksalii obok sekwoi.
Przechodziłem tam wieczorem i je zobaczyłem,
Choć z początku nie widziałem, co widzę:
Mokry jelonek drżał i zwinął się niemal
W kłębek pod gąszczem leszczyny i tojonu.
Przeczytałem gdzieś, że łanie ukrywają młode
Najlepiej, jak potrafią, a później odchodzą,
Aby się pożywić i odzyskać siły. Nie mogą skubać
Liści, zostając na straży nowonarodzonego.
Przez tę usterkę w maszynerii natury przypadek
I terror przenikają do świata. Przyjrzałem się bliżej
Jelonkowi. Był zupełnie nieruchomy i trząsł się,
Zamknąwszy oczy, prawdopodobnie śpiąc. Powąchałem go:
Ledwo czułem jego zapach. Matka zlizała ślady
Cuchnącej woni narodzin. Czy pamiętasz
Ten fragment z Anakreonta? Kontekst,
Rzecz jasna, był najpewniej erotyczny: „…ją delikatnie
Jak odstawiony od piersi jelonek, zostawiony w lesie
Przez rogatą matkę, wątły, drżący ze strachu.”
Tę strofę – spodoba Ci się ten szczegół – odczytano
Na papirusie, który spowijał mumię kobiety,
Umieszczoną w muzeum w Kairze w 1956 roku.
Pamiętam chwilę, kiedy pewna kobieta w Portland
Spytała Cię, czy lubisz Flannery O’Connor.
Wzdrygnąłeś się przepraszająco i pokręciłeś głową,
Mówiąc: „Wie pani, mam obiekcje w stosunku do powieści.”
Myślę, że miałeś obiekcje w tym samym sensie
W stosunku do życia, nigdy nie akceptując okrucieństwa w planie
Stworzenia, rozmyślałeś o swym stuleciu i Bogu-Potworze,
I o zapachu letnich traw w realności,
Która ledwo daje się nazywać czy pamiętać,
Poza momentem, kiedy przez nią brniemy,
I marnym dla niej zbawieniem jest słowo. Cóż,
Drogi przyjacielu, stawiałeś opór. Nie milczałeś.
Mark mówi mi, że widział jak jelonki pasły się
Z matką o zmierzchu. Objadały się Twymi różami –
Więc wygląda na to, że przeżyły noc
I ani pies, ani samochód jeszcze ich nie zranił.


Wiersz z ogórkiem w środku

Czasem za tym wzgórzem tuż po zachodzie słońca
Skraj nieba przybiera odcień
Najbledszej zieleni, jak miąższ ogórka,
Gdy ostrożnie go obrać.

        *

Pewnego razu latem na Krecie,
Gdy było wciąż upalnie o północy
Siedzieliśmy w tawernie nad wodą;
Rybackie łodzie kołysały się w świetle księżyca,
A my piliśmy retsinę i jedliśmy sałatkę
Z zimnych, posiekanych ogórków w jogurcie ze szczyptą kopru.

        *

Posmak soli, coś jakby krochmal, coś
Jakby olejek z trawy lub zielonych liści
Na języku jest językiem
I ogórkiem,
Które rosną ku sobie.

        *

Ogórek nie ma nic wspólnego z górą,
Bo pochodzi z greckiego angurion,
Co znaczy „niedojrzały,”
Lecz nawet starzy górale sądzą,
Że stać przy zlewie i kroić na plasterki ogórka
To przykład dyscypliny i zdrowego rozsądku.

        *

Jeśli myślicie, że zamierzam powiedzieć
Sprośny kawał w tym wierszu – jesteście w błędzie.

        *

W czasach, gdy ziemia przeżywała swe dawne udręki,
a ognie gasły i zastygały
W granit, wapień, serpentyn i łupek,
Mogło się zdarzyć, że pod żółtymi chmurami chemikaliów
Stopiona piana, gotując się wystarczająco długo,
Już śniła o tym, że się wydostanie;
Jej sen – blady
Ale uparty – przybierał formę
Wody, i wtedy stał się jeszcze bledszy, i wyobraził sobie
Ciemnozieloną skórkę i opalizującą zieleń miąższu ogórka.


Zazdrość o wiersze innych

W jednej z wersji tej legendy syreny nie umiały śpiewać.
Ich śpiew był tylko żeglarską opowieścią.
Więc Odyseusza przywiązanego do masztu dręczyła
Muzyka, której nie słyszał – huk morza,
Spychany wiatrem głód ptaków daleko od brzegu –
A milczące kobiety zbierały wodorosty na ściółkę
I widziały, jak mąż zmaga się z olinowaniem
Ze straszliwą tęsknotą w oczach, i na tej skalistej, jałowej wyspie
Odmieniło je na zawsze ich wyobrażenie
Jego wyobrażenia pieśni, której nie śpiewały.


Z Trakla

Październikowy wieczór, zachodzące słońce,
Zmierzch brązowy i niebieski
(Muzyka z sąsiedniego pokoju),
Zmierzch niebieski i brązowy.
Październikowy wieczór, zachodzące słońce.


Giętki wieniec mirtu

Biedny Nietzsche w Turynie jadł kiełbasę, którą matka
Wysyłała mu z Bazylei. Wynajęty pokój,
Małe, kwadratowe okno jak rama dla sierpniowych chmur
Nad górami. Rozmyślał o formie
Rzeczy: zwisająca ostroga
Alpejskiego orlika, skatowane przez zimę pnie
Cedru w letnim słońcu, skrzywiona osika,
Która przebijała się przez hałdy śniegu.

„Pustynia rośnie – biada temu,
kto kryje pustynie.”

Umiera na syfilis. Przycina wymuskane wąsy.
Kocha opery Bizeta.


Trzy pieśni o letnim świcie

1.
Pierwsze, długie cienie na polach
Są jak coś śmiertelnie trudnego.
Pierwsza ptasia pieśń jest zupełnie inna.

2.
Światło w lecie jest bardzo młode i brak mu twardej ręki.
Nikt go nie zmusza, aby usiadło do śniadania.
Jest pierwsze na nogach, pierwsze wybiega przed dom.

3.
Ponieważ otworzył oczy, musi być światłem,
A ona, śpiąca obok, musi być widzialnym światem
Z kosmykiem włosów zawiniętym wokół ucha,
Do którego on szepcze: „Obudź się.”
„Obudź się” – szepcze.


Problem z opisywaniem drzew

Osika skrzy się na wietrze
I to nas zachwyca.

Liście drżą i obracają się
Ponieważ ten ruch w sierpniowym upale
Chroni ich komórki przed wysychaniem. Podobnie jest
Z liśćmi topoli.

Z puli genów wyskoczyła giętka łodyga
I drzewo zatańczyło. Źle.
Drzewo skorzystało.
Źle. Są granice wyrażania
W języku tego, co zrobiło drzewo.

Czasem dobrze, gdy poezja nas odczarowuje.

Tańcz ze mną, tancerko. Tak, zatańczę!

Góry, niebo,
osika robi coś na wietrze.


Iowa, styczeń

W długie, zimowe noce farmer ma sen szczęśliwy.
Raz za razem wchodzi między skiby.


Propozycja Ezry Pounda

Piękno jest seksualne, a seksualność
To płodność ziemi, a płodność
Ziemi to ekonomia. Choć nie należy go polecać
Poetom jako eksperta od finansów,
Tamtej nocy myślałem o nim w Bangkoku
Spowitym upałem. Nie więcej niż czternastoletnia, sunie ku mnie
Przed hotelem Shangri-la
I pyta budzącą zaufanie angielszczyzną:
„Masz ochotę na imprezkę, kierowniku?”

Tak to mniej więcej działa:
Bank Światowy załatwia kredyt i zapora
Zalewa trzysta wsi, a wieśniacy wędrują
Do miasta, gdzie ich córki wtapiają się w tętniące ulice,
A potężne turbiny zapory, pięknie wytoczone
W Lund, Dreźnie czy Detroit, sfinansowane
Przez Lazard Frères w Paryżu czy Morgan Bank w Nowym Jorku,
Zbudowane dzięki przezornym prezentom dla miejscowych notabli
Od firmy Bechtel z San Francisco czy Halliburton z Houston,
Obracane siłą spadającej wody,
Stają się ulami drżącego srebra
I od strony rzeki rzucają blask, który pulsuje niebieskawo
Na jej policzkach i ślicznej skórze.


 

Niniejsza strona zawiera działa literackie, będące wytworem wyobraźni autora. Wszelkie podobieńtwo do istniejących osób i zdarzeń - użycie imion i nazwisk, czy szczegóły opisywanych sytuacji - jest niezamierzone i przypadkowe.