Facet, który nosił tę pierwszą ksywę,
nazywał się Jacek i pech chciał,
że górne siekacze rosły mu
trochę do przodu. Niski, długowłosy,
z koszulą na wierzchu, słuchał reggae
i miał niekiepską nawijkę. Gdy wchodził
na imprezę, otaczał go wianuszek
wiwatów: „Jacuś-Ząbki, ale klawo!”
W jakiś sposób fascynował, wnosił świeży
powiew. Zresztą, nie znałem go zbyt dobrze…
Co innego Zdunio: ponury, kwadratowy,
nazwany od nazwiska. Siedziałem z nim
na ławce przed samem i nie było o czym
rozmawiać, więc gapiłem się na jego ręce,
obgryzione paznokcie, kłykcie pokryte
mapą siniaków. Znaliśmy się
z jego kłykciami jak łyse konie
i przepultaliśmy niejeden wieczór…
A potem nagle gdzieś go wcięło –
tak jak pozostałych – niczym egzotyczną
widokówkę z wakacji, która latami
stoi na półce i któregoś dnia
wybiera się w desperacką podróż
na swoją starą pocztę, gdzie teraz
piszczy w trawie lotniczy port.