Ludzie wracają do domu
praktycznie przez całą noc.
Ktoś idzie na paluszkach z wycelowanym
kluczem,
ktoś inny się wtacza z przytupem,
choć pomylił klatki.
Osiedle ma koniec zaraz przy początku
i człowiek by zginął, gdyby nie
zmyślne strzałki na jezdni.
Barierka na wiadukcie drży, jak
przejrzałe zboże,
lecz chodnik trzyma poziom i gładko
znosi lata.
Za torami rozsiał się po łąkach lewy industrial,
przecięty łataną dwupasmówką
znikąd dokądkolwiek.
Kurczy się to, co na zewnątrz. Blakną
połacie pomiędzy.
Co było, jest jak oddech na matowym
szkle.
Mógłbym cię jeszcze niejednym
zaskoczyć...
Znam imię tej pani na przystanku.
Wiem, co będzie jutro w gazetach.
Poprawiam segregatory. Łapię w
chusteczkę ćmę i wyrzucam za okno.
Na ścianie biura plan ewakuacji
zżółkł, jak dziecinne słońce.