Czepiło się ręcznika,
zmieniając go w kawał
falistej blachy.
A dzika jabłonka
wygląda na brzozę –
taka syberyjska
na tle fioletowych
chaszczy… Miękkie?
Sami spróbujcie
zasuwać w korku
od Asnyka do Zegadłowicza
i z powrotem
planowaną obwodnicą
przez trzynaście godzin
trzydzieści osiem minut,
albo lepiej, bo zmierzch
wciąż się ociąga,
słodząc immelmany
tanich przewoźników…
Najważniejsze, że widać
trzy puszki w trawie,
a nie pięć,
jak w rozrzutnym lipcu.
I forsycjom już się
nie pali. A cień, jak to cień,
przeciąga swoje metafory,
podnosi z rabatki dalię
i rzuca ślimakom.
Komuś, kto się budzi,
dzwonią firanki.