Nigdy
jakoś nie lubiłem lecha,
choć
przecież się starał: brylował z Bońkiem,
wiódł
za sobą do Euro rząd szalików,
obiecywał
niebieską murawę…
Po
otworzeniu puszki, to bicie rzadkiej piany,
która
znika zbyt łatwo, pozostawiając
szklistą
toń z białawym nalotem,
zmarszczoną
przez kilka niemrawych bąbelków –
i
aż do dna wielka cisza… Goryczka? Raczej natrętne
kadzenie
nadpsutego słodu, goździkowa buta
podszyta
mdłym zapachem
świec
i wapiennego kaszlu…
Kup
czteropak, a za oknem
wyrośnie
przez noc kapliczka.
Zapomnij
go w lodówce na parę dni,
a
skarbówka wyczyści ci konto.
Jeśli
już musi być zimny lech,
to
najlepiej w jakieś nie najcieplejsze popołudnie,
w
jakimś życiu, w którym trzeba zaciskać zęby,
bo
idzie jesień i pierzaste chmury
nadciągają
ze wschodu,
a
na balkonie naprzeciwko
w
zaciekłych strugach deszczu
tonie
zawieszony na sznurze
szary
koc.