« Historie innych
 
John Ashbery: Oni żyli gdzieś w Ameryce

Poezja Johna Ashbery’ego już w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku dostąpiła kanonicznego statusu – dodajmy, statusu, który jest dziś kwestionowany przez najmłodsze pokolenia amerykańskich poetów.  Dzięki oryginalnym odczytaniom Harolda Blooma nowojorski poeta – obok Walta Whitmana i Wallace’a Stevensa – stanął w rzędzie największych spadkobierców emersonowskiej tradycji „ufności w samego siebie”. Tradycja ta oznacza niepodległość wyobraźni oraz wyrazistą odrębność formalną i stylistyczną, jako że wieszcz posiada, zdaniem Emersona, niepowtarzalny „głos, sposób wyrażania się, elokwencję”. W tej postromantycznej perspektywie poeta jest wizjonerskim geniuszem, którego wyobraźnia nie opiera się na obserwacji świata, ale napędzana jest językową energią.

Być może wczesne tomy Ashbery’ego wpisywały się w ten wzór. Niektóre drzewa (1956) oraz zwłaszcza Przysięga tenisowego kortu (1962) rozbijają czytelnicze przyzwyczajenia i demonstrują strategię wielopoziomowego szyfrowania tekstu, który żarłocznie pochłania inne teksty oraz mimetyczne rozbłyski świata realnego. Co ważniejsze, wiersz zjada także swój własny ogon, wikłając się w nieskończonej sieci odniesień do samego siebie, którą John Shoptaw określa mianem „homotekstualności”. Beztroska nadwyżka tropów, podszyta bathosem ironia i brak założonego z góry planu czy punktu dojścia, sprawiają, że wszystko może się zdarzyć na przestrzeni kartki. Ten sposób pisania amerykańska krytyczka Marjorie Perloff określiła mianem „poetyki nieokreśloności”. Poetyka ta zdominowała amerykańską scenę literacką w dwóch ostatnich dekadach dwudziestego wieku.

Ale z pewnością nie całą poezję Ashbery’ego możemy odczytywać według tego klucza, nawet w najwcześniejszych tomach. W wielu wierszach nowojorskiego poety, inaczej niż chciałby Bloom, silnie obecny jest podmiot zakorzeniony w realnym świecie i, co ważniejsze, jest to świat wartości jednoznacznie politycznych, których poparcie bądź dezaprobatę tekst deklaruje. Kwietniowe galeony (1986) sprzeciwiają się  obojętności wobec zagłady spowodowanej plagą AIDS,  Gdzież powędruję (2005) oraz Światowy kraj (2007) kontestują wyobrażenie starości w kulturze zachodu, a Planisfera (2009) otwarcie krytykuje mechanizmy gospodarcze odpowiedzialne za niedawny, globalny kryzys finansowy. Jak pisze krytyk i poeta Joshua Clover, „[Planisfera] jest na wskroś aktualna… i wiele wierszy wydaje się przepisanych z nagłówków gazet.”

            Zdaniem Marjorie Perloff, wraz z końcem postmodernizmu nadchodzi kres poetyki nieokreśloności. Rzeczywistość, w której żyjemy, wymaga od nas bardziej zdecydowanych wyborów estetycznych i moralnych i dlatego literatura najbliższych dekad będzie wyraźnie odmienna od drobiazgowych zapisów działania pamięci i tradycji, do których przyzwyczaił nas John Ashbery. Patronem tego politycznego i poetyckiego zwrotu jest Ezra Pound, którego dziedzictwo Ashbery zdecydowanie odrzucał – Pound, który stał się w ostatnich latach najważniejszym punktem odniesienia dla Charlesa Bernsteina i młodszych spadkobierców nurtu określanego mianem „L=A=N=G=U=A=G=E  poetry”. Ale poezji Ashbery’ego, choć z pewnością zostanie przewartościowana, nie grozi zapomnienie. Jej bogactwo obejmuje również poetykę Pounda i jego literackich spadkobierców, czego dowodem jest najnowszy tom poety Planisfera, z którego pochodzą prezentowane tu przekłady.


Paweł Marcinkiewicz



John Ashbery


Alkowa

 

Czy to możliwe, że wiosna miałaby

nadejść raz jeszcze? Za każdym razem zapominamy,

jaka to bezmyślna krzątanina, porowata jak sen;

dryfuje na horyzoncie i nie chce zająć stanowiska, „renegatka

ostatecznej godziny”, chyba że się ją obwini – straszne! –

o program polityczny i cała kwestia jej bycia wiosną zapadnie się,

jak dziura wykopana w piasku. A jednak rozbrzmiewa jak oddech,

musisz to za nią przyznać.

 

I czy kolejne pory roku mają zakrzepnąć

w lata, jak rozlana, wyschnięta farba, no nie,

kto ma osądzić, że nie byliśmy przezorni? My naprawdę

wypatrywaliśmy innych, jakby się dla nas liczyli, a oni

wczuwali się w nastrój i wracali z nami do domu, spędzali noc

w alkowie, skąd wyraźnie dochodził ich oddech.

Lecz to się nie skończyło. Straszne wypadki mają miejsce

codziennie. Właśnie tak dajemy sobie radę z trudnościami.


 

Wariacja w tonacji C

 

Nie wiem, preferuję trochę więcej werwy

w ataku (jak w „ataku”). Ludzie są śmieszni –

gdziekolwiek idziemy, rozbija nas w drobny mak. Apatia

rzeźbi ziemię jak nozdrza owcy. Dzień przybywa z łomotem

i może tak sobie siedzieć cały dzień.

 

Niestety, nie zostanę. Moim zadaniem było

śledzić ludzi takich jak ty. Już po wszystkim.

Takie święte prowadzimy rozmowy.

Poezja leży na łożu boleści.

Gonią nas fakirzy. Znów za późno na bankiet!

A mówiąc poważnie, jak możesz znieść

to, jakim jesteś, cóż, taki jestem ja.

Pogadamy o tym.

Zachód słońca wycisza, łagodzi,

deszcz jest apetyczny

i cali wychodzimy z długów, pstryk i gotowe.

 

 

Wiersz

 

Słońce podróżuje cały dzień,

później spada.

 

Użyjmy twoich butów

jak to niemal zademonstrowały.

 

Z nieodgadnionej pętli, którą zatacza,

wynurza się kurczak z drewnianą nogą.

 

Wszyscy ci ludzi biegają tam i z powrotem.

Ciekawe co robią w prawdziwym czasie.

 

Oni wiedzieli, czego chcą

 

Oni wszyscy pocałowali pannę młodą.

Oni wszyscy się roześmiali.

Oni byli obcymi z kosmosu.

Oni przybyli nocą.

 

Oni przybyli do miasta.

Oni przybyli, żeby wysadzić Amerykę.

Oni przybyli, żeby okraść Las Vegas.

Oni ośmielają się nie kochać.

 

Oni umarli w butach.

Oni strzelali do koni, nieprawdaż?

Oni robią bum.

Oni mnie kryli.

 

Oni uciekli sami.

Oni dali mu broń.

Oni po prostu musieli wziąć ślub.

Oni żyją. Oni kochali życie.

 

Oni żyją nocą.

Oni jeżdżą nocą samochodami.

Oni znali pana Knighta.

Oni byli niepotrzebni.

 

Oni spotkali się w Argentynie.

Oni spotkali się w Bombaju.

Oni spotkali się w ciemnościach.

Oni mogą być olbrzymami.

 

Oni zrobili ze mnie wygnańca.

Oni zrobili ze mnie przestępcę.

Oni zabijają tylko swoich panów.

Oni jeszcze usłyszą muzykę.

 

Oni byli rodzeństwem.

Oni wciąż nazywają mnie Bruce.

Oni mi nie uwierzą.

Oni nie zapomną.


 

Ustawienia początkowe

 

Oni żyli gdzieś w Ameryce, gdy inny był świat.

Oni żyli gdzieś w Ameryce dla hien z FBI.

Oni żyli gdzieś w Ameryce, shit wins.

Oni żyli gdzieś w Ameryce na granicy z Kanadą.

 

Oni żyli gdzieś w Ameryce, którą wciąż dławi płaz.

Oni żyli gdzieś w Ameryce jednej jedynej dobrej.

Oni żyli gdzieś w Ameryce jednej jedynej dobrej.

Oni żyli gdzieś w Ameryce, która odbiera telefon i.

 

Oni żyli gdzieś w Ameryce delirycznie.

Oni żyli gdzieś w Ameryce smutno.

Oni żyli gdzieś w Ameryce fikcyjnie.

Oni żyli gdzieś w Ameryce wciśnięci.

 

Oni żyli gdzieś w Ameryce Stella by Starlight.

Oni żyli gdzieś w Ameryce, potędze słońc.

Oni żyli gdzieś w Ameryce pandemicznie.

Oni żyli gdzieś w Ameryce naprzeciw hotelu Ritz.

 

Oni żyli gdzieś w Ameryce, dostając w kość.

Oni żyli gdzieś w Ameryce tylko przez jedno lato.

Oni żyli gdzieś w Ameryce obok jeziora.

Oni żyli gdzieś w Ameryce dla defetystycznych wojsk.

 

Oni żyli gdzieś w Ameryce dla czystej przyjemności.

Oni żyli gdzieś w Ameryce tak dobrze, jak przypuszczamy.

Oni żyli gdzieś w Ameryce, jak wychodzi się namiętnie

z miłosnej przygody; żyli tam dzień w dzień.

 

Czy ten pączek z dziurką przypomina ci koło ratunkowe?

Oni żyli gdzieś w Ameryce, by przypomnieć ci o mnie.

Oni żyli gdzieś w Ameryce i nagle zerwała się burza.

Oni żyli gdzieś w Ameryce przedłużonej spłaty kredytu.

 

Oni żyli gdzieś w Ameryce, ale przyszedł koniec.

Oni żyli gdzieś w Ameryce, jak papier serwetki jest dla grzebienia.

Oni żyli gdzieś w Ameryce do góry rękami.

Oni żyli gdzieś w Ameryce, jakoś leci, jakoś leci.


 

Wyobrażenie o Stevie

 

Niedobrze, że wyobrażenie o nim

zaczerpnąłem od kogoś innego, o imieniu Matt

(jeszcze jedno imię z rupieciarni), kogo nie lubiłem

tylko z tego powodu, iż raz poczułem się

przez niego niedoceniony, w co naprawdę nie wierzyłem. (Uff!)

To się robi skomplikowane, jak zwykle.

 

Zostawmy Steve’a przy źródle snu,

do którego należy, lecz należy także do innych,

którzy będą się z niego nabijali i stopniowo zaczną gardzić

sobą z tego powodu. Był miłą osobą i poza tym

nie zasługuje na naszą niestrudzoną uwagę, choć nalepki

na przedniej szybie jego auta wskazywały przeciwnie. Susan była inna.

Kto wybiera numer telefonu i brnie przez śnieg dalej

niż dałby radę tłum ludzi? Ona jest teraz cicho,

również ona.


 

Zerowy procent

 

Wiec nie nadawaj tym słowom żadnego tytułu, ale

nie wyobrażaj sobie, że ci się upiecze:

tytuł je odnajdzie tak pewnie

jak pocisk termolokacyjny namierza

asteroidę. Gdzieś w dole armie

i oceany taksówek będą skrzeczeć bezdusznie.

Tytuł zawsze wygrywa.

 

 


 

Niniejsza strona zawiera działa literackie, będące wytworem wyobraźni autora. Wszelkie podobieńtwo do istniejących osób i zdarzeń - użycie imion i nazwisk, czy szczegóły opisywanych sytuacji - jest niezamierzone i przypadkowe.