Mary Jo Bang: ekstaza ekfrazy
Ekfraza (z greckiego „ek” – poza, na zewnątrz, oraz „phrasis” – mówić), czyli słowne przedstawianie treści graficznych obrazu, ma w poezji długą historię. Jej koncepcja wyrosła z platońskiego rozumienia formy – przedmiot fizyczny (tutaj dzieło sztuki) zostaje przekształcony w ideę przedmiotu w serii mimetycznych transformacji, co Platon opisuje w X księdze Republiki. W procesie postrzegania łóżko zamienia się w będący sumą różnych perspektyw obraz, który ostatecznie staje się ogólnym wyobrażeniem „łóżka.” Zapisanie tego wyobrażenia w języku jest właśnie ekfrazą.
Na początku ekfraza była figurą retoryczną, zatrzymującą akcję eposu – ciszą przed burzą dramatycznych wydarzeń. Tak funkcjonuje w osiemnastej pieśni Iliady, gdzie tuż przed bitwą bogów napotykamy zdumiewający szczegółami, niemal nadrealistyczny, opis tarczy Achillesa: „Pięć było warstw na tej tarczy. Na każdej z nich po kolei/ Wiele mistrz [Hefajstos] wzorów wykonał właściwych swemu kunsztowi./ Najpierw więc wyobrażenie dał ziemi, nieba i morza,/ Niezmordowane w wędrówce słońce i pełnię księżyca,/ Wszystkie planety i gwiazdy wieńczące nieba otchłanie – /A więc Plejady, Hyady i potężnego Oriona. […] Potem wyrzeźbił dwa miasta dla mową władnących ludzi,/ Piękne. Z nich w jednym szykują ucztę i gody weselne./ W blaskach płonących pochodni prowadzą oblubienicę/ Z komnat do miasta” (przekład Kazimiery Jeżewskiej). Jak demonstruje powyższy opis, ekfraza może dotyczyć wyobrażonego obiektu i wtedy ma funkcję nie tyle przedstawieniową, co fatyczną, używając terminologii Romana Jakobsona – pomaga nawiązać i utrzymać kontakt z odbiorcą, pogłębiając iluzję realności opisywanego świata.
W dwudziestowiecznej poezji polskiej mamy wiele wybitnych, ekfrastycznych wierszy: „Mona Liza” czy „Pan Cogito spotyka w Luwrze posążek Wielkiej Matki” Zbigniewa Herberta, „Dwie małpy Bruegla” czy „Kobiety Rubensa” Wisławy Szymborskiej, i wreszcie „Francis Bacon czyli Diego Valázquez na fotelu dentystycznym” Tadeusza Różewicza. Wszystkie one skonstruowane są w ten sposób, że opis dzieła sztuki – do którego odniesienie jest zawsze bezpośrednie i zawarte często już w tytule wiersza – prowadzi do ogólniejszej medytacji wyznaczanej przez tematykę dzieła. „Dwie małpy Bruegla” są interpretacją obrazu Pietera Bruegla Starszego, w której podmiot liryczny wchodzi do świata obrazu i uczestniczy w przedstawianej scenie, zależny od małp, bo to one mają mu wystawić ocenę z egzaminu maturalnego z przedmiotu „Historia ludzi”. Wiersz jest krytyką postkartezjańskiego, egocentrycznego rozumu, który bezmyślnie i okrutnie rozporządza zasobami natury poprzez dominację. Takie przesłanie jest niejako generowane przez scenę przedstawioną na obrazie niderlandzkiego mistrza.
Inaczej jest w poezji, która powstaje pół wieku później. Dla Mary Jo Bang i innych poetów z pierwszej dekady XXI wieku ekfraza jest tropem, którego zadaniem jest zmącenie mimetycznej przejrzystości tekstu: burzy ona iluzję realności poprzez zderzenie świata dzieła sztuki i świata doznawanego przez podmiot liryczny. Tu nie chodzi o to, aby czytelnik rozpoznał wizualne dzieło i zbudował do niego alegoryczną interpretację, lecz o to, aby czytelnik się zgubił i dopiero wtedy spróbował odnaleźć ścieżkę przez tekst – ścieżkę własną, jedyną i niepowtarzalną. Wiele wierszy Mary Jo Bang przypomina bieg przez galerię sztuki, czy muzeum: motywy, postaci i detale tworzą wibrującą materię: oto jest ekfraza w formie ekstatycznej.
Mary Jo Bang (ur. 1941) jest jedną z najwybitniejszych współczesnych poetek amerykańskich. Za tom Elegia (2008) otrzymała niedawno najbardziej prestiżowe wyróżnienie przyznawane amerykańskich poetom – National Book Critics Circle Award (Narodową Nagrodę Krytyków). Mieszka w St. Louis, gdzie jest profesorem na tamtejszym uniwersytecie. Ostatnio gościła w Polsce jesienią 2008 roku, na festiwalu „Ars Cameralis”.
Paweł Marcinkiewicz
Mary Jo Bang
Trzy drzewa
Wodnista zieleń pasuje do różu tak,
że nikt nie wie, co z tego będzie.
Każdy krok to niebezpieczne posunięcie.
Zdumiewa czas istnienia pnia
(drzwi się w nim otworzyły
i nagle ktoś pyta, jak to zrobiły).
Zielona zasłona to zgnieciony dzwon,
który, gdy dzwoni, rozbrzmiewa dereniami,
białymi, jakby sztorm
zbliżał się do jej zielonego skraju.
Cegła kruszy się na żywe cząstki stawu,
lecz zgięty haczyk ucieka
przed ostatecznym rozpuszczeniem.
Niespokojny skok przez pełne rekinów morze.
Grawitacja odgrywa swą małą emocjonującą rólkę.
Ulica Wiązowa znów jest wszędzie
wokół, zaniedbane chodniki prowadzą do Miasteczka Kreskówek.
Siema małolaty, siema Kubusiu Neutronie.
Podnosi się koc, a pod nim
czeka pompadour fetyszysty,
zielony, zieleńszy i bledszy niż drozd.
Ale cicho sza, elektrownia atomowa
zaraz wybuchnie, jeśli Kubuś
nie znajdzie tajemnego przycisku.
Rozlega się syrena i wóz strażacki jest w pogotowiu.
Sprawa wygląda na przegraną, aż nagle, pstryk,
przybywa posłaniec. Wzbija się raban na uboczu.
Ciągają ten dzień to tu, to tam, ale wciąż
nie można go uratować. BUM. Natychmiast
następna sekunda wskakuje w apokalipsę
pejzażu nieba. Celuloidowa kobieta
kosi w kurzu wielopoziomowy trawnik.
Na łuku rozpiętym w górze widnieje napis: Ach sztuka
wciąż zmusza prawdę do ucieczki. Dokąd? Licho wie.
– Cicho już, cicho, ktoś mówi.
Sztuka wysoka
Na zewnątrz umysłu
jest miasto. Drugie jest wewnątrz.
Umysł wypełnia coś,
co zamienia się w ponieważ.
Za mała twarz na te czerwone usta. Patrz,
ta linia nie jest już ulicą
lecz torami. Ot tak. Wysypanym
żwirem całunem pociągu. Zwykle taka
nie jestem. Łączące „jak” przybywa bez swego „co”.
Parkuje samochód.
Pamiętam aparat fotograficzny.
Czyste kliknięcie. Czyste odcięcie
chwili. Żegnaj, żegnaj.
Muśnięcie na rękawie.
To otwierające się oko. Pragnące
zagarnąć wszystko, kolejność po kolejności.
Oprawione teraz, które nigdy nie skończy się kończyć:
niebieski garnitur wyrwany z rwących
snów o wodzie.
Niewiedzący, dlaczego
jest poza teorią. Seksualne konfiguracje
powabu. Co jest sceną?
Co jest przebraniem? Zmrożone oczekiwanie
na ostrość i chęć.
Patrz, patrz, patrz. Sztuka jest tym,
do czego doprowadza patrzenie.
Czerwone usta otwierają się, żeby powiedzieć:
– Nie odwracaj wzroku.
Zwykle taka nie jestem.
Aparat fotograficzny muska cię otwartą
przysłoną. Forma, powtórzenie, wytwory myśli,
treść, to się zdarza. Oto igła,
która wpędza fabułę do zasadzki.
To się zdarza. Cała Prawda osłania żądzę.
Atmosfera dominuje
nad dramatem. Chiaroscuro nastawia ostrość
na punkt desperacji.
Powraca sen o katalogu
niespodziewanych objawień.
Posiadanie sprawia, że pragnienie
przedłuża ciemność zarówno znajomą
jak i obcą.
– Co tam masz?
– Tłumaczenie opowieści o świecie
snów. Kolejność zdarzeń istnieje.
Raz, dwa, trzy, cztery
maszerują oficery.
A teraz niech zabrzmi dźwięk.
A teraz niech zalśni światło.
Ta chwila kiedyś była.
Niebieskie kółko myśli
Stwierdzenie, po którym nastąpiło „och”
było doskonałą równowagą dla „i”.
Co jeszcze jest tak proste?
A t e r a z co?
Zegar zatrzymał się i znów ruszył.
Substancje kursowały
krwioobiegiem powoli
napełniając dzbanek
jaskrawą żółcią. Zdumiewająco
piękne jest to żółte
słońce, które rozjaśnia każde niebo,
przetrzymując niwelację każdej zużytej chwili.
I mimo to pozostaje nieskazitelnie nowe,
z lśniącym, chromowym trymem;
dług sznur taksówek pasował do niego.
Żywy obraz, wspominany jak żywy
przy przebudzeniu. Jak Sztuka.
Albo
świat nazywany tacą,
na którym niosło się
powierzchnię kamiennej twarzy
do łazienki i myło.
I trzymało ciepły ręcznik
a potem brało mały kwadracik
chusteczki do zmywania makijażu,
i delikatnie pocierało się
tam i z powrotem, wolno wymazując oczy,
nos, niechlujne usta.
Zawsze w strachu
przed monotonią. Niech będzie, że metonomią.
Lalka
We śnie były kłopoty –
fala przypływu na pokładzie, a gdzieś indziej
trzeba było zabrać kota i znów zostawić
na farmie otoczonej małymi
domkami. Splątana masa syknęła i zbudziliśmy się,
a później poszliśmy dalej, znaleźliśmy telefon,
i zadzwoniliśmy na stację meteo. Zaciekawiło nas,
co jest na lunch. Przechył na sterburtę sprawił, że jeszcze
jedno nas zaciekawiło: czy mieliśmy w ogóle rację.
Wszedłem, by uciąć sobie drzemkę
i ujrzałem na łóżku okutaną kocem lalkę.
Jej siatkowe pończochy przypominały mi Kabaret –
film, nie sztukę.
Leżałem tam, gdy dzień rozpuszczał się, aż
uformował się kolejny, świeży,
i zbudziłem się, widząc przed sobą wzgórze.
Wzgórze wspinało się na szczyt
góry. Ku strzępom skał i księżycowemu krajobrazowi.
Kobieta, która odczytywała przeznaczenie, powiedziała: To
jest Twa jaźń i wskazała na część
odkrojoną z większego kawałka. A to – wskazała
na olbrzymią resztę – jest cierpliwość, gra, w którą grasz.
Mały zombie wewnętrznego oka.
Mały dreszcz przerażonego umysłu.
Krajobraz tworzyła syberyjska brzoza, biała kora
na tle błękitu. Jego fragment w oknie, jak zawsze,
był niepełny i doskonały,
jak tylko może być to, co niekompletne.
To tutaj chciałem jej powiedzieć,
że ją kocham,
ale nie mogłem. To tutaj ja i lalka na kocu,
w łóżku obok ściany, z widokiem na górę-przesłanie,
doznaliśmy tego, co niektórzy nazywają chwilą rozkoszy.
Dziewczyny świetnie się ubierają, żeby odeprzeć chaos
Przestać znaczy ugiąć się.
Czegóż to on szukał? Rajskiego owocu, co podąża w górę
za światłem, stając się – w odpowiedniej chwili – prześwitującą, papużkową
zielenią, za którą. Co? Ona widziała zdjęcia
przestrzeni, która przyprawiała ją o gęsią skórkę: kropelka i pyłek
w poświacie barwy indygo, oczekujące, aż ktoś się za nie weźmie.
Tego dnia ubrana była w czerń, na którą składały się same
pończochy, kaligrafowane kolczyki, odrobina rumieńca na krwistej czerwieni pod spodem.
Powiedziała: Czasem mądrze jest nie widzieć, wpaść we wzrokowy trans,
w którym ślepota wymazuje drżenie napiętej liny tuż przed uwalniającym pęknięciem.
To, czego jest mniej, można ulepszyć tym, czego jest jeszcze mniej. Wiedziała, jak
ukryć i jak otworzyć puszkę nożem. Wiedziała, że Słodka Finezja
i jej zimna przyjaciółka, Potrzeba, mieszkają tylko dwa przystanki od siebie,
w kontinuum na akrobatycznej linie. A dobrze zarysowane usta tworzą drzwi.
Za nimi pokoje wypełniają się demonami, które flirtują i całują lubieżnie –
rzucają kamieniami, dzwonią łańcuchami, golą mężczyzn.
Komplikacje poranka
Oto mamy pustkę zakończeń,
niejasne odzieranie z połowicznej jasności.
Oto mamy połowiczną dzienność, ryzyko represji.
Oto mamy dłoń na plecach przysadzistej przypowieści losu.
W lesie zjadł ryż, zjadł jajko.
Skłamał raz. Drugi. A teraz znów to robi,
gdy pokój zamienia się w lęk wysokości. Gdy obraz wysycha
w ogniu pieca.
Deszczyk wzroku zaczyna padać i kontynuuje swe tycie zaczęcie.
Ogon serca stuka w ścianę. Przybywa olbrzym,
podnosi nowy dach, zagląda do środka legendarnymi oczami:
– Powodzenia, mówi, powodzenia w twoim cieniutkim przędzeniu.
W księdze wszystkiego, co się zdarzyło
Było sto osiemnaście miniatur,
indeks i prolog, niebieski i cynobrowy,
wszystkie oprawione w arabeskę. Jedyne wydanie, z mapą
na grzbiecie: mapamundi del Milenio
przedstawiająca pięć ryb w fontannie, las paproci,
który zapuszcza korzenie i obfitość czereśni.
A tekst? Czysta sztuka
częściowo pisana wodą, częściowo zwięzłymi powtórzeniami,
z manierą osadu, cząsteczek pływających
po powierzchni, jak kra, twarzą w twarz z zagładą,
w matowym cieniu upalnej czwartej po południu.
(imię Tomasz znaczy bliźniak, nie wiesz?)
– Jak podróżując pociągiem, spytała, można uciec
przed tym, co się zdarzyło? Jaki skowronek w parku nad rzeką
może poderwać nas śpiewem z tego padołu?
Wiedza wiedziała,
co miało zajść. Ogień był przykładem zaniedbania,
przynoszącym dosłowną
krawędź lodowca, i, ergo – powódź.
Powietrze było gęste od łączy. – Ona powiedziała, powiedziała ona.
Wszystko się zdarzyło i ktoś szlochał.
Położony u ujścia rzeki kraniec wyspy Isle of Swans
Kurtka krzyczała na wystawie noś mnie, noś mnie
na ulicy wysokich budynków, z których każdy pokazuje zęby (białe jak popiół
w koleinach lodu, jak woda na skale) –
a wiele pokazuje oczy, wszystkie zacienione marmurowymi kapturami. O kobro.
Byłam wtedy cudzoziemką, żyłam w ograniczonym zakresie.
Zaprzeczenie ulokowało się tu i ówdzie; wszyscy powtarzali:
za nic w świecie za nic w świecie
W oddali było szafirowe miasto: po części stare dzieje,
po części ptaszarnia. Wszystko zależało od perspektywy.
Mogło runąć od języka żmii,
mogło zostać zgniecione przez spadający liść i
Wieczorem: operowy wiatr przeczesywał pole wydrążonych trzcin,
pieśń niespokojnych psów niosła się z trzeciego kręgu dnia sądu.
Szalejące rozruchy zmusiły mnie, żebym wydała na świat
nową odmianę milczenia.
(Pojedynczą, a po tym, jak się rozrośnie, podwójną.)
Znów się spotykamy, Moriarty – ktoś powiedział rano do lustra.
Ktoś powiedział do przyjaciela na ulicy.
wszystkie ambasady i kancelarie, sklepy i misje.
Przepadły. Gdzie? W rozcięciu, w płaskim polu.
Polu, które ciągnie się aż po granice tego, co
Widzisz, ile się poprawiło? Choć nic nie osłabia
godziny późnej szarości, plwocin deszczu, łańcucha i rygla,
nocy w rodzinie snów: rzeź pogan,
giermkowie o głowach sokołów.
Czym t y byłeś, że stałam czekając aż niebo
będzie jak chintz rzucony na muślin – punkt po punkcie mierzący ogromną rozpiętość
szkła – jak usta, co smakują spalone słońce, czarne morze.
Serce łomocze za swym nieczułym kopytem.
widać. I kto by poznał, że kiedykolwiek coś było?
Rozbity słoik, który nazywa się Czy Można Tego Nauczyć
Po dziesięciu latach poszukiwań światło zostało rzucone
na burtę łodzi i zobaczyliśmy coś, czego się nie spodziewaliśmy:
nie było białe, nie miało oczu, lecz behemotowe zęby –
Quelles dentes, Babuniu. Oto rada dla ciebie: głaz jest ziarnkiem
dla lodowca, a śnieg jest tam, gdzie go zostawiłaś, w cieniu
rezydencji lata.
Budynek był jak ciastko, zaślubiny pragnienia i spełnienia.
Dwa sny: w jednym mysz oddaje totemicznego wilka z Warszawy,
mówiąc: „To jest mąż twojej babki,
malarz małych ukrzyżowań, tworzący pod wpływem Grisa,
a może Braque’a.” W drugim pojawia się dłoń wycierająca smużkę
z twarzy. Czy można ją poczuć? Tę troskę?
Z podobizny słońca klaun upuszcza twarz pomalowaną na żółto,
żeby pasowała do ognia, gdy wystrzela odgłosem żaru w płomienicy.
Usiądź w krześle pokrytym uprzejmością i pozwól, że cię dotknę.
O domu na łodzi dawnych dni, czego nauczysz nas o opiece?
Jej nauczyć nie można.
Tańczyć tarantelę
Zawsze będą tacy, którzy noszą filcowy kapelusz
naciągnięty na twarz, jak jakiś Fra Diavolo,
który ukrywa się w górach, zakonnik na wygnaniu,
zdrajca urojonej wiedźmy, Fałszywej Wiary.
Który Edgar nie ma swojego demona? Frateretto,
który szepcze, że Neron żyje teraz jako pstrąg w jeziorze George.
Tarantela może być zbyt szalona dla znużonych uszu turystów,
lecz miłość w każdym języku znaczy kobieta zaprosiła niepokój
do domu; zamknęła wszystkie drzwi i okna; i nie zmrużyła oka
przez większą część stulecia. Gdzie można się nauczyć zdań typu
Weź mnie, proszę i innych wpadających w ucho fraz,
których nie sposób znaleźć w przewodnikach. Tańczyć,
tańczyć tarantelę. Wyrażać się mową
podwiniętego języka i wygiętych ust. Cóż słodszego?
Słodka róża. Słodki oleander. Słodkie drzewko oliwne.
Gdziekolwiek ty jesteś, jestem ja: klejnot w koronie,
jasne oko cyklopa, które wytrzymuje spojrzenia. Czuć pęd
powietrza, miękki wydech, krótki jak sen wczorajszej nocy.
Po tańcu wszyscy przyznają, że jeśli w czymś
się zakochali, to w zamęcie.
Ach, ty – tak, ty. Jesteśmy tutaj tylko ty i ja.
Zdejmij ten filcowy kapelusz, błagam.
Budząc się w Antibes
U naszych stóp oszołomione morze, a my rozłupujemy
skały, mając nadzieję znaleźć skamielinę: ojciec
stary jak trylobit, matka-skorpionica z owłosionymi nogami.
Gdziekolwiek idziemy, podąża za nami morze. Wspinamy się
na wzgórza i odnajdujemy je w oddali – sploty sreberka,
stara nieobecność. Czytamy w gazecie, że w północnych
Indiach urodził się chłopiec o długim nosie,
nie miał górnej wargi, lecz dwa sterczące zęby.
Są tacy, którzy wierzą, że jest Ganeszą,
hinduskim bogiem o głowie słonia. Później w muzeum,
mijamy obrazy, na których gołębioskrzydle głowy aniołów
szybują nad Madonną o zielonym obliczu.
Poniżej są jeziora wielkości luster z domków dla lalek.
I, jak zwykle, dziewica jest niewytłumaczalnie jasnowłosa.
Jutro wrócimy, do tego, co jest nasze, do graffiti,
które znamy Nut House, Weasel, Chucky Love.
Ale najpierw obudzimy się ostatni raz w pokoju w stylu
lat pięćdziesiątych, jasne meble i zielone zasłony, morze
łomoczące nieprzerwanie jak mechaniczne serce.
Nas dwoje leżących w wydrążonym bezruchu, gotowych,
żeby przyjąć tace gęstej kawy i parującego mleka,
słoiczków dżemu, krwistoczerwonego w porannym świetle.
Kiedyś widziałam tablicę cmentarną z nazwiskiem osoby,
po którym następowały słowa p o g r ą ż o n y w e ś n i e.
Jutro przybędzie ubrane w białą sukienkę, będzie miało
ciemne włosy i czyste ręce. Zostaniemy mu przekazani pukaniem.
Wstaniemy, nie zostawiając za sobą nic, żadnego brudu,
żadnych żałobników. Morze będzie takie, jakim je zostawiliśmy.
Miasteczko Granit, Montana
Wymarłe miasteczko błaga, by na nie spojrzeć –
puste, kamienne fundamenty, zwalone dawno przez wiatr
posępne oszalowanie, którego być może
użyto do czegoś lepszego: do kurzu pokrywającego
górę i kopalnię albo warstwy litej skały,
którą biegnie wykuta droga, wznosząca się prosto
z Philipsburga. Granit obejmuje granit
bez namiętności, krajobraz
skał jak geometryczne ornamenty ze szczeciną porostów,
która dojrzała na czystym powietrzu i bierności.
Blask żarówki odbija echem
jałową przyszłość: noce zimnych prześcieradeł
zamaskowane to głośnym się, to cichym
łomotem blachy falistej. I nieruchomi więźniowie
w niepewnej aureoli żarówki, górnicze duchy
mężczyzn, którzy kiedyś w sobotnie noce
zjeżdżali na wiadrach do wydobycia rudy w dół góry,
by urodzić się na nowo w niechlujnym łóżku
burdelu w obozowym miasteczku. Ciernie krzewów
smagają moje gołe nogi. Niedoskonałe jagody
trzymają się mocno gałązek – kropelki
zawisłe w powietrzu nad ciemną ziemią,
jaśniejsza krew, spóźnione ostrzeżenie: j u ż k o n i e c.
Trzaskają drzwi z siatką
Zostawiamy czerwony zabawkowy traktor mojego brata
zaparkowany na trawniku spalonym słońcem,
wspinamy się na wzgórze, zerkamy przez krzaki
na to, co zakazane: kolejowe tory i dżunglę włóczęgów.
Tracimy z oczu jar,
grubego, czarnego węża,
który spada w dół na każde podwórko.
Jak zawsze w piątkowy wieczór
w remizie strażackiej jest impreza ze smażoną rybką.
Dorośli piją piwo z małych, cynowych kubków.
Moja siostra wyciąga cynową rybkę z metalowej miski.
Po jednej stronie, w pewnej odległości,
sześcioletnia dziewczynka z zespołem Downa
przekrzywia się na wózku inwalidzkim.
Siwe włosy matki zostają odsunięte
od napiętej, nieszczęśliwej twarzy.
Nachyla się nad córką, mamrocząc coś
do pledu spowijającego kolana, wycierając nitkę śliny.
Kołysząca się głowa, obwisła szczęka, wystający język.
Nieskazitelna, niebieska sukienka,
dziewiczy kołnierz, obrębiony białą koronką.
– Nie gap się, mówi moja mama. A ja,
w tym samym wieku, zaróżowiona powietrzem,
pachnącym rybą i olejem,
wciskam twarz w zapach prasowanej bawełny
matczynej spódnicy i szepczę:
– Nie gapiłam się.
Co jest czerwone
Nie pożar. Zatrzymaliśmy się, żeby obejrzeć jeden:
płonął piętrowy drewniany budynek przy Florissant Road,
spadkobierca benzyny i szmaty podpalacza.
Kochałam chłopca, z którym byłam, dla jego ust.
Innej nocy skręciliśmy na zaciemniony
parking obok stacji benzynowej,
teraz rozpalonej kogutem policyjnego patrolu.
Absolutna cisza, otwarte drzwi –
snop żółtego światła. Stałam w czarnym jak sadza cieniu,
a on zaglądnął do środka. Chłopiec
(Bill było mu na imię) odwrócił się, zacisnął wargi,
pochylił i skrzywił twarz.
– Tego nie chciałabyś zobaczyć, powiedział.
Byłam bojaźliwa, ale chciałam, kochając wszystko,
co było czerwone: kasztanowe victoriana,
otwarte usta, pierś drozda w smutnej trumience
z pudełka po butach, gorączkowy przypływ rtęci,
ciepłą krew podżegania i ciekawskie łóżko.
Metafora jako symptom rozpaczy rozumu
Pojechałam do domu autobusem, żeby być bliżej ludzi:
pranie na sznurze, poły czerwonej bluzki,
żagle ciepłego marca. Piętrowy dom – patio i słup
latarni, łysy mężczyzna ubrany w ciemną zieleń
mocuje parapet. Dach jest iluzją, dom jest iluzją.
Niebo jest podniebieniem, niebieskimi łzami.
Ozdobny ogród zimy – wciąż rozpościera się pustka. Tak, tak,
rzecz jasna niebo jest także filiżanką odwróconą nad drutem
kolczastym i zgryzotą. Skamieliny tkwią w kambryjskich łupkach:
ciało jako usta, trzewia i kości.
Niezwykła wydajność, wyposażona w macki, bezkręgowa.
Czy żyje? Biały koń z wrzosowisk widziany w biegu
przez śniegi, wprawiony w ruch niesłyszalną gramatyką.
Mgła na szybie samochodu, woal dosłownie wokół niczego.
Prochy
Pod śniegiem park jest monotonny.
Kocie pręgi okalają kopczyk ziemi.
Problemem jest opis: zupełnie leży,
gdy odległość to niezmiennie otchłań.
„Szkoda, że cię tu nie ma” jest pustym pogodzeniem.
Widoki i dźwięki mogą kompensować
nieobecność dotyku – tylko tymczasem.
Jeden autobus mija drugi, pokazuje twarze
oprawione w czarne szkło. Muzeum stoi
na rogu, przystanek końcowy.
Najlepiej, gdy żywi niosą zmarłych
na następny świat zapakowanych w pudełka.
Prochy: urna. Sarkofag: robak. Marmur
jest nie tyle wyrzeźbiony, co rozłupany dłutem.
Początkiem każdego z tych budynków
było wgłębienie: po tysiącu i jednej
nocy Szeherezada pozwoliła skończyć się
opowieści. Powiedziała, że jest zmęczona
mówieniem i że zobaczyła światełko – jeśli jej
nie pokochał do tej pory, nigdy jej nie pokocha.
Jak pająki, krok po kroku
Przenosimy Księżną, przynajmniej na to wygląda.
Z okna pociągu dostrzegamy przelotnie
rozsypujący się w proch zamek:
co było fosą jest tylko żabią łąką
na skraju rzeki.
Wiecie, jak to się dzieje: drżenie pociągu
i dwie szyny przenoszą was z nadmierną prędkością poza
n i e c h b ę d z i e i b y ł o m i n ę ł o. Ktoś, kogo kochacie,
jest dokładnie tam, obok was,
wtulając kręgosłup w plusz siedzenia.
Później, bez ostrzeżenia – urażone mruczenie
lub drżenie niepokoju. Otwieracie oczy
i ktoś, kto tam był, zamienia się w falę –
włosy targane wiatrem, dziki wzrok –
ruszającą z grzbietu królika lub wznosi się w syku
skrzydeł pustułki.
Pociąg się nie zatrzymuje.
Żaden instrument nie rejestruje bólu tego aktu.
Dopiero teraz zaczyna się tęsknota
za delikatną kwestią istot śmiertelnych i pamięci.
Podróżujecie dalej, sami wybierając kierunek:
tam, gdzie dom, gdzie pies.
Gdzie cienka warstwa blasku
pokrywa lata zawstydzającego zużycia
i utraty, z którą będziecie musieli teraz żyć.
Krajobraz z upadkiem Ikara
Jak mogłam cię tak zawieść?
Narratorka pyta
Przedmiot. Przedmiot jest pojemnikiem
Z prochami. Jak mogłam cię nie uratować,
Chłopca z krwi i kości. Chłopca
Z myśli. Z lat. Ręki
I farby na płótnie. Marmurowej rzeźby.
Jak mogę nie potrafić sięgnąć tam, gdzie jesteś,
Aby cię wyciągnąć. Jak mogę być,
Skoro ciebie nie ma. Zostałeś na zawsze na peronie
Wpatrzony we wzór zamykających się drzwi metra.
Potem w srebrny pasek mnie, która odjeżdżałam.
Jaka to była linia? Numer sześć.
Jaki to był dzień? Środa.
Oboje podziwialiśmy miniaturowe mozaiki
Przytwierdzone do ściany Metu.
Tamten wagon powinno się na zawsze zatopić w bursztynie.
Tamten bolesny dzień powinno się na zawsze
Zatopić w bursztynie.
W granacie. W bursztynie. W opalu. W celu
Dalszego istnienia. I jak to możliwe,
Że to nic nie znaczy dla nikogo, poza mną.
Nie
Próbuj pisać
O niczym, z wyjątkiem siebie – powiedział do niej. W porządku.
Odrobina Dobranoc. Odrobina Cześć. Odrobina Później.
Ale czy słuchanie nie było pewną
Lekcją? Obserwowanie nocy,
Jak wpełza na dwunastą w południe. Szybkie znikanie
Na końcu, gdzie śmierć rozpuściła tego kogoś.
To tam wszystko wzięło w łeb.
Jest weszło w język. Córka była. Powiedział syn.
Zdarzenia wciąż miały miejsce. W kontynuacji. Poranek
Zastąpił zielony początek nocy.
Kraina snów wciąż rosła. Wchłonęła
Zarówno czas jak i ponadczasowość.
Jedna minuta została na schodach i kazała się nie ruszać.
Inna minuta wysłała do nie leżącego w jednej linii gdzie indziej.
Więc życie. Więc powielanie
Synaptycznego punkciku. Skok i nic.
Usta wykonują drżenie.
Bez końca. Dla niej to był dźwięk, jaki wydaje
Ruch myśli. Im mniej to straszne
Pudło zamieniało się w pustkę
Tym lepiej. Scenariusz: Miesiąc małych czerwonych cukierków
O kształcie serc mógłby oznaczać piętno na umyśle
Skłonnym do przelotnych uczuć.
Im bardziej wybraniec nicości przemieniał się w zupełną pustkę
Tym mniej straszył. Mogłaby przebyć nawet eon i zawsze
Zmarły zostawał taki sam.
To był nóż.
Gdzieś w parku, gdzie chodzi się wciąż w kółko, by nigdzie nie dojść,
Z wyjątkiem miejsc, gdzie się było, załopotał za nią sztandar,
Pstrykając jak chwila z tkaniny. To był początek
Batuty i żałobnego werbla.
To był koniec. Okrąg O, który wyglądał, jakby życie
Zamknęło się na wrzeciądz. Wszystko stało się logiczne, gdy
nanizało się, jak sznur świateł. Jasny
Początek, jasny środek, jasny koniec. Zupełnie.
Chcecie usłyszeć całą historię? Zacznę
Od początku. Był styczeń. Troja pod
Oblężeniem. Miała upaść z hukiem.
Wcale nie chodziło
O dźwięk, ale o upadek serca
Z miejsca, które zajmowało wysoko na niebie.
Pamiętacie kota, którego Lewis Carroll wysłał,
Aby zaglądał do Alicji przynajmniej raz w tygodniu,
Bo dla tego, co znalazła,
Trudno jej było znaleźć wytłumaczenie? Gest
Sympatii, z pewnością, lecz nigdzie nie mogła znaleźć pocieszenia.
Co mogło się wydawać symfonią, nie było
Nią wcale, lecz jakimś wewnętrznym opłakiwaniem, w oktawie kruszonego kwarcu.
– A co jeśli, pomyślała, to wszystko nie zdarzyło się
Tak, jak się zdarzyło? Umieściła tę uwagę na wstędze Mӧbiusa
I patrzyła, jak zmierza donikąd, a potem znów wraca.
Melancholijna introspekcja retrospektywna
Odbywała się w pokoju o białych ścianach zwanym Lato Minęło.
Złamane serce
Mechaniczny ptak na grzbiecie
Wypchanego wilka.
Wszystko w naturze jest działaniem,
Wygrzebaną ze śmietnika gablotką na końcu
Korytarza, gablotką stojącą na nóżce.
Niedźwiedzi pazur utrzymuje równowagę
Na szklanej kulce ludzkiego wyrobu. Gablotka
Stoi naprzeciw schodów. Czy można
Opuścić ten świat?
Tylko jeśli opuści się naukę.
Morska woda kapie z wargi fali
I znów napełnia morze. Jutro – poszarpana
Linia życia. Złota rybko, złota rybko, przemów do mnie.
Spełnij moje ostatnie życzenie.
Wiatr zamienił się w pocisk
I utkwił w moim mózgu.
Splątały się gałęzie. Śmierć jest parcelą
Otoczoną przepaścią. Kruk
Szybuje wysoko. Wyobraźnia złapała się
klamki u drzwi.
Jak istotna jest materia materii? Bardzo.
Słowa
Parole. Pyłek w czyimś własnym oku. Oszustwo,
Którym jest czas życia. Nie było mnie tam,
Gdy coś się stało. Coś
Się stało. Zepchnięto ze stołu krzesło.
– Nie słuchaj mnie jeśli nie chcesz wiedzieć,
Co się stało, powiedział sierżant. Nie chcę wiedzieć,
Jaka będzie przyszłość, którą widać na tym pełnym kleksów świstku,
Mówiącym, że mamy tylko teraźniejszość i nic więcej.
To było w czwartej klasie albo piątej.
Albo w ósmej klasie albo w klasie nad brzegiem
Rzeki, albo w przydrożnym rowie.
Był bardzo stromy. Zawsze było ciężko.
Oddech, jak wydrążona raszpla, ale niemal bezgłośny.
Rygor, który trzyma nas przy zmysłach. Ręka
Przesuwa żelazko nad kawałkiem płótna.
Jak łyżwę, jak krawiecki ścieg,
który przyszywa uwagę, aby nie zbłądziła.
Jaźń mówi do lustra.
Wszyscy lekarze to wiedzą. Ci, którzy widzą, jak leżysz
Na sofie. Wiedzą, że w każdej głowie
Jest dźwięk. Wiedzą, że sen, który nas budzi,
Przynosi wielką ulgę. Jak mało wiedzą o innych,
Rzeczach, dopóki się im nie powie. Mówię im,
Że chciałabym się przykryć latem.