Jednym z największych wydarzeń literackich ostatnich miesięcy po drugiej stronie Atlantyku było ukazanie się nowego wyboru wierszy W.S. Merwina pod tytułem
Migracje (w oryginale
Migrations). Ta monumentalna, ponad pięćsetstronicowa publikacja zawiera utwory poety wybrane z jego piętnastu poprzednich tomów, począwszy od
Janusowej maski (1952), a skończywszy na
Źrenicy (2001). Ponadto w książce znalazły się także najnowsze, niepublikowane dotąd wiersze.
Z perspektywy ostatniego półwiecza widać wyraźnie, że Merwin, piszący w oddaleniu od centrów literackich i niepodatny na mody, jest jednym z największych poetów naszych czasów, w fascynujący sposób łączącym tradycję poezji amerykańskiej i europejskiej. Od poetów zza żelaznej kurtyny Merwin nauczył się nieufności wobec poezji abstrakcyjnej i podatnej na ideologiczną manipulację. Od swoich amerykańskich prekursorów przejął perspektywę transcendentalną i poetycki rozmach. W wyniku tego powstało dzieło życia, które zdaniem
Los Angeles Times jest „kamieniem milowym w rozwoju poezji światowej”.
Przed odjazdem wiosną
Znów jest kwiecień pierwsze światło sączy się
przez młode liście ciężkie od rosy i każe barwom
pamiętać kim są świeży róż cynamonowego drzewka
złociste porosty na bambusach ocieniony brąz
kamani i błękitny dzień który otwiera się
kiedy promienie słońca lecą w dół przez to wszystko
i to jest jak powrót ducha który dotyka bez dotyku
który nie może uwierzyć że znów tu jest i przebudzony
wyciąga się bezszelestnie ku zimnemu oddechowi
ogrodu dopiero co powstałego z ciemności
i słotnych dni to tylko chwila ptaki lecą nawołując się
i nie ma ich ani tych kilku nut śpiewu błysku lotu
znikł zanim zdążyliśmy go dostrzec patrzymy
nie dotykając niczego jedyne co możemy
sobie powiedzieć to że jest kwiecień jest poranek
to nigdy wcześniej się nie zdarzyło i oboje to pamiętamy
Jedno życie
Gdybym nie spotkał tego rudego chłopca, którego ojciec
złamał nogę lądując na spadochronie w Prowansji
aby dołączyć do Ruchu Oporu w ostatniej fazie wojny
i przez to poległ gdy Niemcy parli na północ wycofując się
z Włoch i gdyby tamten przyjaciel który był z nim
kiedy umierał nie miał starszego brata który także
umarł młodo w zupełnie innych okolicznościach w czasie pokoju
zostawiając dwoje dzieci jedno z nich o kruchym zdrowiu
które cały rok nie mogło chodzić do szkoły przez chorobę
i jeśli napisałbym coś innego u góry
kwestionariusza na którym widniało college
gdzie chciałbyś się uczyć lub jeśli pytania tamtego dnia
sformułowano by inaczej i jeśli młoda kobieta w Kittanning
nie nauczyłaby mojego ojca prowadzić kiedy miał
dwadzieścia lat aby dostał pracę u pastora dużego kościoła
w Pittsburghu gdzie pracowała moja mama i jeśli
moja mama nie straciłaby rodziców kiedy była dzieckiem
co zmusiło ją do wyjazdu do babci do Pittsburgha
nie znalazłbym się na żelaznym łóżku
z głową przy kominku w kamiennym wiejskim domu
który stał pusty przez jakiś czas zanim się urodziłem
nie pojechałbym tak daleko aby leżeć dygocąc
w gorączce mimo iż opatuliłem się wszystkim co było w domu
ani nie przyglądałbym się jak ten podejrzanie uprzejmy lekarz
podnosi igłę przy oknie w deszczowym świetle października
nie widziałbym przez popękaną szybę ciemniejącej
doliny i rzeki prześlizgującej się przez bursztynowe góry
ani nie obudziłbym się słysząc opadanie śliwek o młodej godzinie
myśląc że wiem gdzie jestem skoro słyszę ich opadanie
Najkrótsza noc
Wszyscy musieliśmy już spać kiedy to się stało
po długim dniu wypełnionym latem i tą niezmąconą
jasnością bez cieni która była wokół nas
i wydawała się nie zmieniać i nie gasnąć kiedy słońce
zaszło i czerwień spłynęła z nieba i nagła chwila chłodu
przemknęła ledwo zauważona ponad skoszonymi
polami i liliową doliną gdzie barwy stanęły w miejscu
ponad ciszą którą wędrowały końcówki
wypowiadanych w oddali słów kiedy jaskółki były
gotowe do snu i głos kukułek odbijał się
echem wzdłuż stoku i skończyło się dojenie
i cielaki i psy były zamknięte w oddechu stodół
i siedzieliśmy rozmawiając prawie szeptem długo po tym
gdy ludzie z wioski idą spać a jednak światła nie były zapalone
rozmawialiśmy o tym jaką każde z nas przeszło drogę
aby tu trafić drżące nietoperze wyłaniały się
ze szczelin w ścianie nad nami i wyfruwały
w niebo a my chcieliśmy czuwać aby zobaczyć
noc gdy obraca się ze śpiącymi cielakami
i psami zwiniętymi w kłębki obok nich i Edouardem
i Estherą którzy obydwoje są starsi niż to stulecie śpiącymi
w innym wieku i dziećmi wciąż śpiącymi w tym samym
łóżku i kurami ściśniętymi na grzędach kamieniami śpiącymi
w ścianie ogrodu i liśćmi śpiącymi na niebie
gdzie wciąż było światło sowami sunącymi jak cienie kretami
nasłuchującymi lisami nasłuchującymi uszy stóp
po jakimś czasie musieliśmy zapomnieć co sprawiło
że nie poszliśmy spać i to coś umknęło
nam niezauważone i myślałem że poleciałem
przez kraniec świata i że wciąż lecę i musiałem się obudzić
aby sprawdzić czy moje skrzydła są prawdziwe
Zapomniane strumienie
Nazwy błahych strumieni utonęły
w niepamięci rozmyły się ich sylaby
lecz strumienie które nigdy nie płynęły pod nazwą nie pytały
czy to co było powiedziane i zapomniane zajmuje
inną część niepamięci niż to czego nigdy nie pamiętano
już nikt nie zna nazw Vaurs i Divat
ani Siou Sojou Suzou i dla każdego
kto używał tych nazw stały się one
strumieniem Lherm nie mówimy tym samym językiem
pokolenie po pokoleniu i niewiele możemy
powiedzieć o miejscach gdzie sami mieszkaliśmy
przez całe życie a jeszcze mniej o okolicach
gdzie nasi rodzice spędzili młodość i rodzice naszych przyjaciół
skąd możemy wiedzieć jak brzmiały ich głosy lub jaki
dotyk miała ich skóra czy usta co robiły usta
języki spojrzenia zwierzęca sierść
błahy oddech niedaleko stąd nieznany
kamieniarz wykopał miecz który miał pięćset lat
można o tym powiedzieć tylko tyle
że rdza pochłania teraźniejszość
coś rwie do przodu nie oglądając się za siebie
Ptak
Więc może to jest jak powrót schodzenie w dół szarej
godziny spowitej w prześcieradła gdy jak się mówi można
wierzyć snom chwila powracających duchów
ostatnie gwiazdy wciąż są o wiele za nisko w ciszy
która jest coraz głębsza jak woda wsiąkająca miękko w ich stronę
aż okazuje się że znajoma niegdyś stolica niemal stopniała
jak zima jej twarze są jak spiętrzone ruiny
a nad nimi niedokończone wieże pustych
luster wyrosły oprawione w powietrze nad cynowymi rzekami
pod czarnymi gniazdami na nagich topolach widać
pierwsze wahania wiosny cienkie liście
drżą i światło na nich zimny kwiecień gdy drzewa
są całe w bieli wełna dziewanny wyrasta na odtajałych wzgórzach
pierwiosnki i gorczyca o poranku brunatne krowy na zielonych
stokach pędzące obłoki za ramionami wierzb pieśń strzyżyka
i jednoczesne poznawanie i bycie poznawanym z wątpiącą
nieufnością ani obcy ani naprawdę tutejszy
ani ten który zna ani ten który nie zna podchodzi w końcu
do drzwi w blasku słońca i widzi jak przez okulary w oddali
dawne pretensje i pragnienia dotyczące pozostania i wyjazdu
drzewa mają inną wysokość dzieci są wyrośnięte i grzeczne
nie ma zwierząt i niemal nie dotykając niczego
trzymasz wreszcie tak niepewnie
jak białe pąki które zdmuchnął wiatr
większość jednej nocy pustą połówkę
ptasiego jajka wyrzuconą z nagich łomoczących gałęzi
Sieć
Siedzieliśmy nad rzeką gdy światło dnia
nikło w pełni lata zbyt wolno by je śledzić
różowa mgiełka zbierała się nad wysokimi topolami
na wyspie i późne jaskółki polowały na komary
nad szklistymi połaciami powyżej mielizn
gdzie pojawiały się kosmyki szarej mgły
pstrągi skakały jak klaszczące dłonie na tle niskich głosów
które wciąż mówiły o pieniądzach dźwięcząc jak spienione
bystrzyce buty miały zapach minionej wody
stosy sieci miały zapach rybiej śmierci teraz wiem
że noc przychodzi nad rzekę jakby miała oczy
lecz wtedy było ciemno i widzieliśmy w świetle rzeki
jak najpierw wstał najstarszy spuszczając zwój
liny i znikł w jej dźwięku a później
poszliśmy za nim jeden po drugim wchodząc w zimny
prąd i czuliśmy jak okrągłe kamienie ześlizgują się
pod nami i rozwinęliśmy sieci a głosy ledwo
do nas dochodziły nad rozświetloną gwiazdami tonią
aż staliśmy każdy sam słysząc tylko rzekę
i trzymaliśmy sieć gdy niewidzialne ryby płynęły obok
Dedykowane rowerowi Zbigniewa Herberta
Nawet jeśli naprawdę
nigdy Cię nie miał
mógł przecież za Tobą potajemnie
tęsknić
więc w swych marzeniach znał
każdy Twój szczegół
blask szprych i chromowanych części
zapach smaru i gumy
czarne kłykcie łańcucha
dzień po dniu
pozostawałeś niewidoczny
więc nigdy nie musiał
zamykać Cię czy chować
bo przecież nikt nie mógł Cię zobaczyć
i choć faktycznie
nigdy nie nauczył się na Tobie jeździć
utrzymując w pionie swą krągłą
skorą do wywrotki masę
na czubkach palców
wody sączącej się
z głębi
kiedy już oddalił się na spory kawałek
jego ręce na kierownicy stopy w powietrzu
mogłeś go zabrać
w każde miejsce
nareszcie jak deszcz
w deszczu
zupełnie niewidzialny
Planh na śmierć Teda Hughesa
Tyle było wtedy ulic w Londynie
zawsze miały tam być
więcej niż dość by pójść do samego końca
tyle było dni na to by nimi wędrować
wrócilibyśmy o jakiejś porze roku
tak jak wracaliśmy o jakiejś porze dnia
tyle było słów gdy szliśmy wciąż dalej
czasem we trzech czasem we dwóch
połówki zdań wzlatywały niedokończone
gdy stawialiśmy kołnierze które przeżyły wojny
jesień w parku wiosna na wzgórzu
zima na mostach w cieniu naszych słów
tyle było rosy nawet w Bostonie
nawet jasną jesienią tyle planet na parapetach
przeźroczystych domów które miała minąć
wokół nas cały czas zanim to się stało
zanim serca zatrzymały się jedno po drugim
i zaczął się niemy lament bez końca
mieliśmy dogonić kilka z tamtych zdań
we Francji albo w Idaho mieliśmy znów
potrząsać nimi i słuchać
tego, co zgubiły historia czy geografia
albo pominęła jadowita pogoda
to była tylko kwestia tego gdzie i kiedy
W gąszczu opowieści
Chłopiec szedł przed siebie a za nim leciało
stado żurawi ich klangor
zbliżał się za jego plecami zza horyzontu
czasem miał wrażenie że rozpoznaje
głosy w ich nawoływaniu lecz
nie wiedział o czym wołają ptaki
i gdy się odwrócił nie potrafił
ich odróżnić wzbijały się i
opadały więc szedł dalej
próbując coś zapamiętać z ptasiego
krzyku aż potknął się i to
wyrwało go z zamyślenia przed nim stał
szeroko rozpostarty dzień nieruchome kamienie
na ścieżce każde drzewo we własnych liściach
żurawi nie było na niebie i w tej
chwili przypomniał sobie kim jest
tylko nie wiedział jak się nazywa
Sen o powrocie psa Koa
Siedząc na schodach chaty
której ganek szarą farbę na deskach podłogi
znałem od zawsze
patrzyłem w dal na rzekę
za wysokimi drzewami
i po chwili ty
byłeś tuż za mną
leżałeś wpatrzony we mnie
jak to robiłeś wiele lat temu
zupełnie nieruchomy
gdy powoli wyciągnąłem rękę
mając nadzieję że dotknę
twojego długiego bursztynowego futra
i tak siedzieliśmy zastygli w bezruchu
nasłuchując rzeki
i myślałem czy
to może być sen
czy ty możesz być snem
czy my jesteśmy snem
w którym trwamy nieporuszeni
Odchodzenie
Tylko ludzie wierzą
że jest słowo które oznacza żegnaj
mamy je w każdym języku
jedno z pierwszych słów których się uczymy
tak się zwracamy do siebie
ale wszystko odchodzi
podniesiona ręka która macha
twarz osoby miejsce
zwierzę dzień
pozostawiają za sobą słowo
i to co miało oznaczać
Deszczowe światło
Cały dzień gwiazdy patrzą z dawnych czasów
moja matka powiedziała teraz odchodzę
nic ci się nie stanie gdy będziesz sam
jeśli teraz nie pojmujesz później pojmiesz
spójrz na stary dom w porannym deszczu
wszystkie kwiaty to inna postać wody
słońce przypomina im o tym spod białej chmury
dotyka szachownicy rozpostartej na wzgórzu
sprane kolory przyszłego życia
które istniało tu na długo zanim się urodziłeś
patrz jak się budzą bez cienia wątpliwości
choć cały świat stoi w płomieniach