Niegdysiejszy
śnieg był jednak bielszy,
mniej
oszukany,
taki
z jajami.
Ale
rzadko się go widziało podczas ferii –
biały
druh był artystą
i nie
leciał na komercję.
Zresztą
ferie nie miały rozkładu jazdy
i
zaczynały się od czapki-rogatywki.
Przychodził
biały niedźwiedź,
gwizdał
w milicyjny gwizdek
i nasza
drużyna biegła w prysiudach
na
sanki po zaminowanej trawie.
Po
południu nastawało popołudnie.
Był
ping-pong na stoliku do kawy.
Sklejanie
ping-ponga. Skończył się klej.
Kak
żdał dożdż my igrali
w
szachmaty, w „Eurobiznes”,
w
durnia na szklanki wody.
Patrzyliśmy
za okno
na
bałwana, który tak wychudł, że upadł
i
mocno śpi w kącie pod blokiem.