« Inne historie
 
Zimny lech

Nigdy jakoś nie lubiłem lecha,

choć przecież się starał: brylował z Bońkiem,

wiódł za sobą do Euro rząd szalików,

obiecywał niebieską murawę…  

 

Po otworzeniu puszki, to bicie rzadkiej piany,

która znika zbyt łatwo, pozostawiając

szklistą toń z białawym nalotem,

zmarszczoną przez kilka niemrawych bąbelków –

 

i aż do dna wielka cisza… Goryczka? Raczej natrętne

kadzenie nadpsutego słodu, goździkowa buta

podszyta mdłym zapachem

świec i wapiennego kaszlu…

 

Kup czteropak, a za oknem

wyrośnie przez noc kapliczka.

Zapomnij go w lodówce na parę dni,

a skarbówka wyczyści ci konto.

 

Jeśli już musi być zimny lech,

to najlepiej w jakieś nie najcieplejsze popołudnie,

w jakimś życiu, w którym trzeba zaciskać zęby,

bo idzie jesień i pierzaste chmury

 

nadciągają ze wschodu,

a na balkonie naprzeciwko

w zaciekłych strugach deszczu

tonie zawieszony na sznurze

 

szary koc.


 

Niniejsza strona zawiera działa literackie, będące wytworem wyobraźni autora. Wszelkie podobieńtwo do istniejących osób i zdarzeń - użycie imion i nazwisk, czy szczegóły opisywanych sytuacji - jest niezamierzone i przypadkowe.