W majowy wieczór piwiarnia
powoli się zapełnia.
Wyszli z psem na spacer
i to już naprawdę ostatnie małe.
Od tygodnia dręczy ich smaczysko
i pójdą dzisiaj w tango,
kasa nie gra roli.
Trzy dni temu było Bernarda,
a oni wciąż kołyszą się w plastikowych krzesłach
wokół parasoli z napisem PRINCE.
Emerytowany glina z drogówki, murarze, kierowcy,
z których jeden opowiada,
jak był taksówkarzem w latach siedemdziesiątych
i zakochał się w nim pewien ksiądz:
wsiadał do wozu, zamawiał daleki kurs
i kładł mu dłoń na kolanie.
Spocone karki trzęsą się ze śmiechu,
a później wykłócają,
który z nich silniejszy,
który lepszy w robocie,
który miał więcej bab.
Dostać jeszcze jedno życie
i spędzić je tutaj:
mówić do kumpla jedno, dwa słowa,
czyścić zapałką paznokcie,
łapać wzrokiem rozświetlone cienie.
Ile nowych i pięknych
układów stolików przed nami,
ile labiryntów z popielniczek i szklanek...
Jakie morza i brzegi,
jakie skały siwe, wyspy jakie...
I ani śladu portu, moja córko,
na pijanym widnokręgu.
(Tivoli, 2000)