Leszek, marynarz z Kościerzyny na Kaszubach
(a na co mnie dzień wolny, przyjechałem tu zasuwać).
Jego szwagier Irek, mechanik-oponiarz
(z przyrody to najbardziej, kurde, lubię słonia).
Wojtek, bezrobotny wuefista a Terespola
(we wojsku podłoga musiała być jak pizda anioła).
Na koniec inglisz ticzer, chyba Żyd, bo tylko czyta –
tak wygląda mniej więcej cała nasza ekipa.
Trzeciego dnia po przyjeździe trafiła się nam fucha:
z opuszczonej rudery przy szosie do Munkarp
mieliśmy wynieść sprzęty i pod okiem strażaka, Svena,
zmienić coś, co chybotliwie było, w coś, czego nie ma...
Leszek ze szwagrem wyrywali z betonowych szponów
piec w żałobnym wieńcu żeliwnego złomu.
Ja odkręcałem na piętrze lustro ze śladami po petach,
potem w.c., weterana salmonellowych
coup d’etat.
Bronił się zawzięcie, trzeszczał, prychał, warczał.
Wreszcie wydał ostatnie tchnienie, a z nim blichtr swego skarbca:
gromadzone latami waciki, podpaski, szczoteczki
do zębów, odłamki szkła, kopczyk szwedzkich
öre w całunie papierosowego filtra...
Pokonane królestwo materii... Zachodząca Isztar...
Ciężar bez kierunku i celu... Barwy wydarte
ze światła... Zataczając się, zniosłem trupa na parter.
Sven powiedział, że jakbym go potrzebował do Polski,
to żebym śmiało brał. A może mam chrapkę na wełniane portki
łatane na kolanach? Albo prawie nową lodówkę
bez drzwi i półek, pobazgraną ołówkiem...
Gdy wynieśliśmy wszystko, Sven oblał ściany ropą
i, rzucając na ziemię zapałkę, puścił do mnie oko.
Podniosła się wrzawa ognia, soczysta litania żaru.
Godzinę potem runął strop, wzbijając larum
iskier, jęki potępionych rzeczy, nieziemskie świsty...
Aż władanie objęła cisza. Nawet Sven się zamyślił.
Obok mnie w ogródku zadrżało na sznurze prześcieradło
radując się z tego wieczoru, który płomieniom skradło.
Pugerup, czerwiec 1999
(Tivoli, 2000)