« Ślad
Fabryka chmur
Stalowa konstrukcja
zwieńczona szklaną kopułą.
Z odległości kilku kilometrów
wygląda jak opuszek palca
muskający strunę.
Jednak dźwięk,
który się z niej wydobywa
trudno byłoby nazwać
skargą zakochanej gitary:
wysoki pisk kondensatorów,
stłumiony dyszkant tłoków.
Pierwsze plany
poczynili jeszcze
cyklopi na swej skalistej wyspie.
Później byli kolejno
czciciele deszczu,
poszukiwacze zaginionej arki,
Japończycy, Koreańczycy i wreszcie DuPont -
szalony poeta technologii.
Nadciekły tleń i wodór
wirując w tytanowych tłokach
zostają poddane rozprężaniu -
niewielki huk, syk i z wąskich dysz
ulatuje niesforny kłębek –
nimbostratus? - nie, altocumulus...
Główny mechanik
krzyczy przez megafon:
- Trochę więcej różu
i wydłużcie ten ogon, panooowie!
A szef na to:
- Dmuchnijcie mu jeszcze bieli w tyłek,
co to, Pierwszy Maja?!
Panorama jak marzenie kartografa:
góra, rzeka
równina, morze.
Fabryka przechyla się
lekko na wietrze.
Altocumulus krąży nad nią chwilę
jak dusza nad głową
chorego na leukemię,
po czym wzlatuje niechętnie.
Wyje syrena -
kończy się moja zmiana.
Idę do szatni, ściągam kombinezon,
po toalecie siadam na ławce w holu
i czekam na windę.
Nie można tu palić,
więc tylko patrzę w otoczone wstęgą
ogromne oko błękitu.
Wiem, że to niemożliwe,
ale chciałbym mieć je w sobie,
kiedy drzwi windy zatrzasną się na zawsze.
Donieść je tam, gdzie śnię -
niżej niż trawa,
niżej niż złoża.
(Świat dla opornych, 1997)