« Ślad
Pierwszego kwietnia jeszcze raz
Świt był pogodny. O piątej dwadzieścia sześć
w oknie baru ukazała się żona kierownika.
Spóźniony klient, który siusiał właśnie pod murkiem,
zobaczył ją i zaklął siarczyście.
Rozpoczęto włączanie oraz zaśmiecanie.
Otworzono punkty sprzedaży, przewietrzono urzędy.
O dziesiątej z hotelu wytoczyła się
jednoosobowa delegacja z bratniego kraju.
Pod czujnym okiem komitetu przemknęła czarna wołga,
lecz w sumie ruch był nieduży. Dopiero popołudniu
nabrał rozmachu i zatkał aortę obwodnicy.
Tuż przed piętnastą z fabryk wyległo na chodniki
drelichowe confetti. O siedemnastej do pedetu
dostarczono towar i panna Krysia z panem Mietkiem
zatańczyli tango pośród pustych półek.
Rozpoczęło się wyłączanie oraz czyszczenie.
Zapadł zmierzch a potem krecia noc. O dwudziestej
czterdzieści i cztery dwóch pracowników umysłowych
usiadło na ławce pod pomnikiem wieszcza.
Przegoniła ich dopiero godzina policyjna...
Dzień jak dzień, rozbłysnął, zgasnął i kropka.
Wczoraj czy na początku świata, wszystko jedno.
Gdyby mógł się zdarzyć jeszcze raz, bylibyście szczęśliwsi?
Gdyby każda jego chwili trwała wiecznie, śpiewalibyście alleluja?
No to macie: wszyscy zmarli wrócili i są w życiowej formie.
Każdy pyłek znów trafił na swoje bezpieczne miejsce.
Żona kierownika podchodzi do okna i patrzy na ślepą ulicę.
Ktoś siusia pod murkiem. Na niebie czerwona łuna.
(Tivoli, 2000)