« Ślad
Prazdnik maja. Miasto popiołu.
„Marcinkiewicz, bo jak cię trzepnę, to się skończy.
Ustawiamy się w pary. Niech przewodniczący
Rozda szturmówki i opaski, tylko biegiem...”
Dostaję strzępiasty łach zatknięty na drzewiec.
Dziedziniec pochłonęła zbiórka do apelu.
Zaraz rusza ostatni... pochód w PRL-u.
Przejdziemy Spychalskiego do placu Sawickiej:
Właśnie tam spróbuję zwiać gdzieś w boczną uliczkę,
Lecz większość osłów dotrze pod samą Trybunę,
Między sztandary, głowy Ojców, ślady splunięć.
W mieście niedzielny bezruch. Zmęczeni wczorajsi
Straceńczo poszukują cienia czynnej knajpy.
W oknach parada matron z łysinami w wałkach.
Po murach ścieka „KATYŃ” i „UWOLNIĆ WALDKA”.
Przed mostem zawracamy z Pośpiechem na pięcie
Ze szturmówkami w rękach. Zobaczył nas Cięciel,
Zgredziały polonista, nie powinien sypnąć.
Śmigamy za „czternastkę”. W cieniu ciągle zimno.
Od strony rzeki wionie ostry zapach maja.
Na wałach bosy menel słońcem się upaja.
Przy parkingu jest ławka. Siadamy na dymka.
W oddali słychać wycie: „PO-szła KA-ro LIN-ka”.
Rozlegają się salwy i gromkie okrzyki.
Co z tego zostanie? Nic, popiół polityki.
Co w ogóle zostanie? Może chociaż beton,
Przęsła estakad, słupy, mur bloków nad rzeką,
A wszystko w mdłym kolorze zamarzniętej wódki.
Sąd Ostateczny. Cisza. Niebem pędzi sputnik...
Wtem słyszymy schrypły głos: „Dowody poproszę” –
Trzech niebieskich szaraków stoi obok w rosie.
„Co, z pochodu się zwiało? No to na komendę,
Nie, Tadek, niech się uczą, daj kajdanki, prędzej!”
Patrzymy oniemiali na mundury, pasy,
Przytroczone do pasów pałki z białej masy.
Tak oto musnęło nas ścierwo Lewiatana:
Ułamek globu, parę lat – i byłby kanał,
Choć raczej nie od razu biełomorska otchłań.
„Jeszcze wam przejdzie, szczyle, chętka do zakochań” –
Oglądają mój dowód, spisują, rżną głupa.
Nie mogą wiele zrobić. W powietrzu drży upał.
Jak błyszczą samochody, jak wibruje przestwór!
Jaskółki tuż nam nami nie boją się przestróg
Obłoków, które suną dostojnie z północy.
Jak nic będzie dziś burza. Mrużę w słońcu oczy.
maj 1998
(Tivoli, 2000)