Ciemność napiera na miasto, czarne lodowce północy,
U wylotówki plącze się sznur pojazdów,
Nad torowiskiem wybucha mgławica halogenów.
Szklistymi chodnikami biegnie twój cień,
Mijając wymarłe przystanki pod ostrzałem świateł:
Urywa się nić, gubią sensy, zamiera sygnał.
Za wiaduktem błyska kogut i rozbrzmiewa sygnał.
Będziesz biegł chodnikiem choćby do północy,
Przez grobowe przedmieścia bez świateł.
Wtem usłyszysz skowyt pędzących pojazdów
I poczujesz, jak w skroniach wybucha cień:
Przetną ci drogę chwiejne ostrza halogenów.
Na wprost ciebie zawraca TIR w uprzęży halogenów.
Kierowca uderza w klakson i daje ci sygnał,
Żebyś zabrał z jezdni rozkołysany cień.
Umilkła wrzawa miasta, już dobrze po północy.
Wraz z ruchem planet wędrują orbity pojazdów:
Są tylko twoje kroki w zdyszanym rytmie świateł.
Niknie biało-czerwona smuga świateł,
Łamie swój łuk drżąca tęcza halogenów.
Pęd globu zabrał w inna ciemność ryk pojazdów
I czarne lodowce zagłuszyły sygnał.
Zrywa się zimny wiatr z północy:
Zamykasz oczy i miasto zabiera cień,
A gdy się budzisz na ławce, widzisz tylko swój cień.
W oknach zapala się coraz więcej świateł.
Topnieją niebosiężne lodowce północy.
Za widnokręgiem rozjarza się łuna halogenów,
To obłoki szarzeją na wschodzie i dają ci sygnał:
U wylotów wzbiera nurt pojazdów.
Stoisz twarzą do miasta na wysepce wśród pojazdów.
Po nocy został ból głowy i pod oczami cień.
Pierwszy ekspres mijając wiadukt daje sygnał.
Nad blokowiskiem gasną rzędy świateł.
W porannej mgle blednie pochód halogenów:
Wąski księżyc ścina dachy na północy.
Piętrzy się nurt pojazdów, światło daje ci sygnał.
Pewnego dnia cień zgasi mgławicę halogenów:
Na końcu tunelu słów jest ciemność północy.